20 maja 1980 roku w Gdyni zakończył się, po 344 dniach, wokółziemski rejs kapitana Henryka Jaskuły na jachcie „Dar Przemyśla”. Kiedy z Gdyni prawie rok wcześniej Kapitan wypływał w swój wielki rejs, zapewne niewielu wierzyło, że może mu się udać. Dotąd takiego wyczynu dokonało zaledwie dwóch ludzi, sir Robin Knox-Johnston na „Suhaili” w latach 1968/69 i sir Chay Blyth na „British Steel”, który pożeglował w latach 1970-71 pod wiatr i pod prąd.

Obaj Anglicy przeszli do historii, obaj dziś noszą tytuły szlacheckie, zna ich cały świat, także dzięki temu, że promował ich własny kraj. Z panem Henrykiem było inaczej. Żeglował zgodnie z planem i w miarę bezawaryjnie, ale na kilka miesięcy zniknął z oczu i nie było z nim kontaktu. Rodzina drżała ze strachu, bo brak wieści mógł oznaczać najgorsze. Ale w marcu żeglarz odezwał się za pośrednictwem statku i podał swoją pozycję. Teraz w miarę jak zbliżał się do kraju, zainteresowanie jego wyprawą rosło. Kiedy zbliżał się do upragnionej Gdyni, wiedziała o nim cała Polska, a telewizyjne wywiady robione podczas flauty na środku Bałtyku rozsławiły jego wielką wyprawę. Wreszcie po 344 dniach żeglugi zawinął do Gdyni witany przez tysiące ludzi na nabrzeżu. Z miejsca stał się bohaterem, jego nazwisko nie schodziło z ust Polaków przez kilka tygodni. Dostał najwyższe odznaczenia państwowe, był bohaterem i gościem wielu programów telewizyjnych. Wkrótce jednak wybuchł zryw solidarnościowy poprzedzony strajkami w Stoczni Gdańskiej i niedawny bohater musiał ustąpić miejsca innym, zorientowanym politycznie. Pan Henryk wrócił do swego Przemyśla, tam pracował nad kolejnym rejsem, tym razem w drugą stronę, ale na tym samym jachcie. Ale ponieważ żyjemy w Polsce szybko znaleźli się chętni do kwestionowania rejsu. -Długi okres ciszy to dowód na mataczenie, rejs wokół świata z pewnością się nie udał, mówili zawistni.

Pan Henryk bronił się jak mógł, pokazywał codzienne zliczenia astronawigacyjne, których podrobić było nie sposób, pokazywał dziennik jachtowe, przywoływał kontakty ze statkami, niestety, nieudane. Apelował o weryfikację prognoz pogody na obszarach, które samotnie przemierzał. Poświęcił wiele, aby udowodnić, że popłynął, że jest uczciwy, że zasłużył na wszystkie splendory. Polemizował gdzie mógł, wielu uznało go za zbyt natarczywego, atakowali go za wielki rejs, za próbę oszustwa, kwestionowali nie tylko wielkie dokonanie żeglarskie ale też jego rzetelność. Pan Henryk wycofał się, swoje argumenty już przedstawił, innych nie miał. Poczuł się odrzucony, opluty przez niedawnych przyjaciół, przez wiele lat nosił w sobie wielkie poczucie niesprawiedliwości. Po latach(!) walki o swoje dobre imię chyba już nikt nie kwestionuje jego racji, ale pan Henryk nie uczestniczy w życiu publicznym. Po śmierci żony przygasł, został sam. W maju minęła 37 rocznica zakończenia jego wielkiego rejsu.
MAS
Foto Archiwum PZŻ, NAC

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.