Stowarzyszenie Akademia Sportów Wodnych Acatus z Olsztynka 3 lata temu wybrało się na 4-dniowy rejs z Giżycka na Sapinę. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie fakt, że żeglarze popłynęli na jachtach klasy DZ, najstarszej w naszym kraju klasie jachtów.

Dezeta w takim rejsie ma same zalety; zapewnia integrację nawet 12-osobowej załogi, jest bezpieczna, szybka, ma niskie maszty ze względu na gaflowe ożaglowanie. No i najważniejszy argument – łatwo się na niej wiosłuje pod prąd, a napęd może zapewniać nawet 10 wioseł. W praktyce wiosłuje się na 2-4 wiosłach na krótkie zmiany, aby dać odetchnąć ciężko pracującym wioślarzom mozolnie zdobywającym kolejne kilometry rzeki.

Jacht klasy DZ.

W tym roku w akcji „Łapaj Bobera”, czyli żeglarsko-wioślarski rejs na Sapinę, wzięły udział załogi aż pięciu jachtów, a możliwe to było za sprawą pomocy pana Marka Winiarczyka, szefa Międzynarodowego Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej w Giżycku, który udostępnił jachty.

Dzień 1.

Przygotowania do rejsu.

Środa przed wyprawą to przygotowanie zapasów i trening lądowy połączony z integracją przyszłych załóg. Od czwartkowego poranka załogi sztaują jachty, a na 4-dniowy rejs w głuszę większość zapasów trzeba zabrać ze sobą już z portu startu. W tym roku jasne było, że najważniejszym produktem na pokładzie będzie woda, bo zapowiadano rekordowe upały. Wszyscy sprawnie przygotowali jachty, pora ruszać. Pierwszy punkt zbiórki to most na Kirsajtach, dokąd załogi docierają w sprzyjającym wietrze po zaledwie 3 godzinach. Stąd w grupie płyną do Ogonek, pod most, pod którym Sapina wpada do systemu Wielkich jezior Mazurskich. Po południu spełnia się prognoza pogody; nadciąga burza, która poprzedzona jest bardzo silnym wiatrem. Dla Dezety szkwały nie są problemem, to bezpieczny jacht, ale w porywach wiatr osiąga rekordową siłę, co zmusza ekipy do refowania. Tylko jedna załoga – „Hulaj Dusza” dociera do Ogonek zanim na dobre się rozpada, i nawałnice może obserwować spod okapu miejscowego gospodarstwa rybackiego.

Załoga jachtu „Hulaj Dusza” w oczekiwaniu na lepszą pogodę.

Po burzy wszyscy ruszają dalej, teraz trzeba pokonać niewielkie jezioro Stręgiel i wpłynąć na kolejny odcinek Sapiny. Biwak na polanie obok nieistniejącego mostu to już rutyna dla olsztynieckich żeglarzy, ale wymaga kilkukilometrowego wiosłowania.

Wioślarski „Dream Team” na jachcie „Hulaj Dusza”, czyli Andrzej i Robert.

Po drodze napotkano niespodziankę – zwalone w poprzek ogromne drzewo, które całkowicie toruje dalszą drogę. Koniec wyprawy? Dla załogi „Hulaj Duszy” nie ma jednak rzeczy niemożliwych. W ruch idzie toporek zabrany przezornie przez jednego z załogantów, a skoordynowana akcja tej załogi przy wsparciu sternika kolejnego jachtu już po niespełna godzinie otwiera dalszą drogę.

Operacja udrożnienia szlaku żeglownego na Sapinie.

Płyniemy dalej, droga wolna. Na biwak docierają wszyscy bez większych trudności, chociaż załogi szczecińskich ciężkich jachtów muszą w żeglugę włożyć więcej pracy.

Na ciężkich „szczecińskich” Dezetach trzeba w pracę włożyć znacznie więcej sił ze względu na znacznie większą masę tych jachtów.

Dzień 2.

Przygotowania do wypłynięcia.

Pobudka, śniadanie, klarowanie obozowiska i w drogę! Teraz przed załogami kolejnych kilka kilometrów Sapiny wijącej się w lesie. Widokowo jest super, ale nie ma żadnej nadziej na wiatr. Wszyscy wiosłują, pychują, jakoś idzie.

Tylko zaraz po wyjsciu na wodę jachty płynęły w konwoju.
Załoga „Czwartej Szklanki” napiera pod prąd.
Upał dawał się we znaki.
W szyku torowym na Sapinie.

Przeszkodą jest zarośniecie szlaku na odkrytym odcinku, tutaj jest tak wąsko, że trzciny szurają po obu burtach, a jedynym sposobem na pokonanie tego fragmentu rzeki jest użycie pychów.

Na zarośniętym szlaku Sapiny.

Po dojściu do końca tego odcinka, przy wyjściu na jezioro Pozezdrze, kilka załóg ma problemy z wypłynięciem pod wiatr. Przed załogami najtrudniejszy chyba odcinek szlaku, wejście z jeziora na kolejny fragment Sapiny. Problem polega na ogromnym zamuleniu tego rejonu, bardzo utrudniającego poruszanie się jachtów. Na pych się nie da, na wiosłach jest ekstremalnie trudno, jedynym rozwiązaniem jest przepłynąć wąskim kanalikiem w pobliżu trzcin leżacych po jednej ze stron szlaku. Jachty po kolei nabierają wysokości i przepływają w pełnym bejdewindzie na dużym przechyle bez miecza. Udało się! Teraz kolejny odcinek Sapiny, który jest możliwy do pokonania na żaglach, choć po drodze minąć trzeba linie  energetyczną na wysokości 8 metrów. Później mozolne wiosłowanie, bo rzeka meandruje, ale na jeziorze Brząś ponownie można postawić żagle. Rok wcześniej był to akwen bardzo trudny do pokonania ze względu na ogromne zamulenie. W tym roku mułu wprawdzie nie ubyło, ale wyższy stan wody ułatwił żeglugę.

Przygotowania do stawiania masztów.

Za wąskim przesmykiem na jezioro Wilkus, niemal całkowicie zarośniętym, można żeglować na całego, jest szeroko i wygodnie. Z jeziora bardzo trudno jest wypatrzyć wejście na kolejny odcinek Sapiny, ale udało się. Odcinek do mostu i śluzy Przerwanki wszyscy pokonują w szybkim tempie wiedzeni myślą o zbliżającym się odpoczynku. Na śluzie chwila relaksu i w drogę!

Ostatnie metry przed śluzą Przerwanki.
Wreszcie można trochę odpocząć.

Przed nami ostatni odcinek rzeki meandrującej pomiędzy trzcinami  i wreszcie otwiera się droga na jezioro Gołdopiwo. Jest szeroko, spokojnie i całkowicie pusto. Naszych 5 jachtów to jedyne jednostki na dużym akwenie. Docieramy do plaży gminnej i sąsiadującego z nią lasku, gdzie rozbijamy namioty.

Plaża w Kruklankach.

Znowu pada, ale mamy już rozbite namioty. Dzisiaj nie trzeba gotować na turystycznych kuchenkach, prawie wszyscy uczestnicy rejsu maszerują zgodnie do Kruklanek na porządny posiłek.

Dzień 3.

Most w Kruklankach podczas budowy na początku XX wieku.

Przedpołudnie jest wolne, większość rejsowiczów idzie oglądać ruiny mostu z 1908 roku, przed wojną jednego z najdłuższych na Mazurach.

Wycieczka na zniszczony most na Sapinie.
Stan obecny mostu.

Most robi wrażenie, jest wielki, zniszczony, ale niezwykle malowniczo położony. Po drodze załogi kupują wodę, oglądają Kruklanki i wreszcie zgodnie wracają na pokłady jachtów. Dziś przed nami krótki odcinek, biwakować będziemy na polanie obok byłego mostu, nie ma więc co się spieszyć.

Kluczowa część załogi jachtu „Hulaj Dusza”.
W oczekiwaniu na wypłynięcie.
„Dziób tył na wodę!”.
Łańcuch pomocy w deszczu.

Jezioro pokonujemy fordewindem, a na rzece także można pożeglować aż do śluzy. Teraz to prawdziwa przyjemność. Sprawnie pokonujemy śluzę, kolejne odcinki rzeki i jeziora, które w drodze powrotnej w żegludze na spinakerze wydają się znacznie krótsze. Biwak rozbity, pora na deszcz, to już tradycja tegorocznego rejsu. I rzeczywiście, deszcz przychodzi, a ponieważ ostatni jacht dopłynął nieco później, cały obóz pomaga w transporcie rzeczy na brzeg i rozbiciu namiotów. Łańcuch liczy kilkadziesiąt par rąk wspomagających żeglarzy ostatniego jachtu. Mimo mokrego drzewa udaje się rozpalić ognisko, można się wysuszyć, zjeść kiełbaski z ogniska i zintegrować towarzysko.

Biwakowe klimaty.

Dzień 4.

Nareszcie z nurtem rzeki.
U celu.

Wracamy! Szkoda, ale w poniedziałek rano większość z nas musi być już w pracy. Z niepokojem patrzymy w niebo szukając wiatru, którego nie ma. Oznacza to, że do Giżycka trzeba będzie w upale płynąć na wiosłach pokonując dystans 15 kilometrów. Będzie bolało! Spływamy na Stręgiel, tam nie wieje, płyniemy do Ogonek, próbujemy stawiac żagle, niestety, wiatru jak na lekarstwo. Wiosła chwyć i w drogę. Szybko przeliczamy dystans, prędkośc i czas dotarcia, do celu, nie wygląda to dobrze, ale nie ma wyboru. Wiosłujemy do przesmyku na Kirsjatach, załogi wybierają rózne systemy wiosłowania.

Załoga „Baru Młodzieży” w drodze na wiosłach.

Na „Hulaj Duszy” to wiosłowanie na 2 wiosła po 7 minut. Dlaczego akurat 7? Nie wiadomo, ale to czas pozwalający na efektywną pracę bez zmęczenia uniemożliwiającego ponowne zasiadanie w ławach wioślarskich. Przed mostem zdarza się jednak cud. Nie, wiatru dalej nie ma, ale sternik przepływającego jachtu proponuje nam hol. Tak szybko nasza załoga jeszcze się nie uwijała przy klarowaniu cumy dziobowej. Płyniemy w kierunku mostu, można wreszcie odpocząć. Życzliwy nasz wybawca holuje nas aż do cypla na Darginie, a tu kolejny cud. Jest lekki wiatr, można stawiać spinakera. Prędkość nie jest oszałamiająca, ale można płynąć. Dodatkowe 20 metrów kwadratowych popycha nas sennie w kierunku Giżycka, ale przed Dębową Górką wiatr znika, a wraz z nim nasze nadzieje na szybki powrót do domu. Znowu chwytamy wiosła, mijają zaledwie dwie zmiany wioślarzy i obok naszej burty pojawia się kolejny wybawca oferujący hol. Docieramy do celu o 16.00, a dwie godziny później cumuje ostatni jacht ekspedycji.

 

Na śluzie Przerwanki.

Podsumowanie

Czerwcowe rejsy na Sapinę stały się już tradycją olsztynieckich żeglarzy. Dla nich to integracja członków stowarzyszenia, rozpoczęcie wakacji i okazja do dobrej zabawy w rosnącym z roku na rok gronie. Trzy lata temu zaczynali w dwie Dezety, rok później były już cztery, w tym roku pięć. Tworzy się pewna tradycja podtrzymująca więź. Z roku na rok dochodzą też nowi uczestnicy, bo znajomi wciągają kolejnych znajomych i flotylla rośnie. Czy takie rejsy mają sens w dobie nowoczesnych kabinówek z silnikami zaburtowymi? Mają, bo Dezeta świetnie się sprawdza na tym akwenie, a poza tym jest łodzią idealną do szkolenia w warunkach turystycznego rejsu. Jest doskonałym wehikułem na imprezy integracyjne dla firm, co pozwala uatrakcyjnić wyjazdy firmowe nadając im nową jakość. Nie ma chyba bardziej zespołowego sportu niż żeglarstwo, warto zatem stawiać na takie propozycje. Gospodarze Międzynarodowego Centrum Żeglarstwa i Turystyki Wodnej na takie propozycje są otwarci, być może za żeglarzami z Olsztynka, którzy nie wyobrażają sobie żeglarskiego sezonu bez integracji na Sapinie pójdą kolejni. Naprawdę warto.

MAS

 

 

 

 

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.