27 kwietnia 1877 roku w Symferopolu na Krymie urodził się Ludwik Szwykowski, działacz żeglarski, pierwszy polski olimpijczyk w konkurencjach żeglarskich. Z żeglarstwem zetknął się w Petersburskim Rzecznym Yacht Klubie, do którego został przyjęty w 1903 roku. W 1906 r. do spółki z baronem Tyzenhauzenem i  Francoisem Gonetem nabył luksusowy jacht regatowy Gaye Parisienne, ex Helen. Na tym jachcie Szwykowski uczestniczył w licznych regatach i wygrał kilka lokalnych, prestiżowych regat. W 1906 roku został przyjęty w poczet członków Cesarskiego Yacht Klubu w Petersburgu. W jego barwach startował w Igrzyskach Olimpijskich 1912 r. w Sztokholmie, niestety bez powodzenia,  z powodu technicznej awarii jachtu. Jeszcze przed pierwszą wojną światową wrócił do kraju. Początkowo wiosłował w Wojskowym Klubie Wioślarskim, wkrótce zorganizował w nim sekcję żeglarską, która następnie przy jego udziale przekształca się w Wojskowy Yacht Klub, a w końcu w Oficerski Yacht Klub RP. Przyczynił się też w sposób istotny do powstania Polskiego Związku Żeglarskiego i Yacht Klubu Polski. Był wieloletnim członkiem ich władz, w tym prezesem PZŻ w latach 1926-28 i komandorem YKP. Wielokrotnie startował w regatach które też często inicjował. Był prekursorem rejsów bałtyckich na niewielkich jachtach. Na swoim mieczowym jachcie Doris odbył kilka morskich rejsów z własnymi dziećmi.  Stworzył również wiele regulaminów, statutów, przepisów regatowych, był także autorem podręczników żeglarskich oraz artykułów publicystycznych i fachowych. W okresie późniejszym przeniósł się do Wilna i tam popularyzował jachting. Zmarł w 1965 roku.

Ludwik Szwykowski zasłynął wyprawą łodzią bezkabinową do Kopenhagi. W 1926 roku odbył dwumiesięczną wyprawę na mierzącym 7 metrów długości mieczowym, bezkabinowym, jachcie „Doris”, o zanurzeniu 30 cm i powierzchni ożaglowania 25 metrów kwadratowych. Załogę stanowiły dzieci Kapitana: 17-letni Andrzej, 11-letni Jan oraz 15–letnia córka, Agnieszka. Trasa rejsu prowadziła z Warszawy Wisłą do Bydgoszczy, a stamtąd Notecią, Wartą i Odrą do Szczecina. Stamtąd „Doris” popłynęła przez Zalew Szczeciński do Wolgastu i Stralsundu, następnie przez Bałtyk w pobliże Warnemünde. Kolejne porty etapowe rejsu to Falster, Kopenhaga i Malmö, skąd przez Świnoujście  popłynął do Gdańska, a stamtąd powrócił Wisłą do Warszawy. Swoją wyprawę opisywał na łamach prasy nie szczędząc szczegółów związanych z bytowaniem na bezkabinowym jachcie, trudami żeglugi z dziećmi i obserwacjami na ich temat (pisownia oryginalna): „Momentalnie dostajemy silny wiatr i porządną falę. Wiatr wzmaga się, jestem zmuszony refować żagle, do czego wyciągam spod brezentu zielonego bocmana. Fala coraz większa, już mi trudno sterować prosto, pomimo, że miła Doris leci half-windem jak na skrzydłach, z łatwością podnosząc się na boczną falę. (…) Wokoło nic nie widać, steruję zapomocą kompasu. Po kilku godzinach takiej żeglugi piekielny głód zmusza mnie do skomunikowania się z Cookiem. Z pod brezentu wysuwa się ręka z sanwich’em. Czy znacie smak chleba z masłem i corned-beef polewanego rzęsistym deszczem i strugami wody, spływającymi z własnej twarzy?  Szwykowski w swoim opisie wykraczał daleko poza suchy opis żeglarskich powinności, dał relację intymną, w której na plan pierwszy wysuwały się nieletnie dzieci, o które bardzo się troszczył, ale które znakomicie dawały sobie radę w trudnych warunkach. „O godzinie 4 p.p. wiatr słabnie, wreszcie zupełnie zacicha. Duża,, lecz szeroka początkowo  fala z SW, spotyka się z nową z NW, krzyżuje się i zaczyna okropnie nas męczyć. Cała załoga się Kładnie, wreszcie i kapitan ulega skutkom martwej fali. (…) Zarzucam kotwicę na głębokości 18 metrów i spuszczam żagle. W perspektywie noc na otwartem morzu, na 20 milach od brzegu, przy co raz to większej fali, od której żołądek zupełnie zwariowany, spaceruje sobie po całem ciele i stara się gwałtem wyjrzeć na świat boży. (…) Leżymy tak w ciszy, każdy heroicznie walczy bez skargi, starając się utrzymać na wodzy rozbrykane wnętrzności. Pytam dzieci, czy nie wolałyby w danej chwili być w domu, w ciepłych ózeczkach. Niespodziewanie słyszę jednomyślny protest: „wolimy morze”. Bał się o los dzieci, ale trzymał je twardą ręką hartując w trudnych warunkach. „Ale tu czekała nas zmiana kursu przyjazne, dobre fale ustąpiły, natomiast zjawiły się nowe, groźne, szumiące, smagające bryzgami i plujące pianą.  Pomimo zaciągniętego brezentu trzeba co chwila odlewać wodę. Biedna Doris, zlatując z wysokiego grzbietu uderza dnem jak piersią o wodną ścianę i zda się – lada chwila rozleci się w kawałki.”

Foto: Archiwum PZŻ, reprodukcje MAS

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.