12 października 1492 roku Krzysztof Kolumb dobił do brzegów Nowego Świata. I chociaż wiele spraw  podczas tej wyprawy poszło niezgodnie z planem, to sam żeglarz stał się powszechnie znany, a jego dokonanie wspominane przez kolejne wieki. 

Rejs w nieznane

Kiedy 3 sierpnia 1492 roku Krzysztof Kolumb opuszczał Europę z intencją odkrycia drogi wodnej do Indii, nikt nie przypuszczał jak wielki to będzie rejs i jak brzemienny w skutki okaże się dla następnych pokoleń. W drogę wyruszyły trzy statki: Santa Maria, Pinta i Ninja, wszystkie załadowane ponad wszelką miarę, nikt jednak nie potrafił przewidzieć ani na jak długo wypływają ani też jaki będzie tej wyprawy skutek. Nie wszyscy marynarze byli do końca przekonani o słuszności swej decyzji ale zgodzili się ostatecznie popłynąć skuszeniu udziałem w zyskach. Statki powoli traciły z oczu ląd, a życie na pokładach szybko się znormalizowało w rytm wacht. Pierwszy postój miał miejsce już na Wyspach Kanaryjskich, tutaj uzupełniono zapasy wody i pożywienia, czasu na odpoczynek nie było, wszystkim spieszyło się do Indii. Po opuszczeniu Wysp skierowano się na zachód. Przed żeglarzami otwierał się ocean, ale dość szybko stało się to bardzo nużące. Kolejne dni nie przynosiły odmiany, wciąż tylko bezkres wody i śladów żadnego lądu. Wielu na pokładach bardzo się niepokoiło, stąd też zapewne część źródeł opisujących wyprawę utrzymuje, że Kolumb zmuszony by prowadzić podwójną nawigację. Ta oficjalna była dla niego i zaufanych ludzi i pokazywała faktycznie pokonaną drogę. Druga, zaniżała przebytą trasę aby przekonać niedowiarków, że wcale tak daleko od lądów Europy nie odpłynięto. I chociaż na pokładach bywało gorąco od emocji, buntu nie było. Po 33 dniach żeglugi, 12 października, dostrzeżono wreszcie brzeg i wkrótce okazało się, że można tam lądować.

Eksploracja

Pierwszy etap rejsu nie uczynił spustoszenia w kondycji technicznej statków. Owszem, po tak długim rejsie wymagał on starannego przeglądu, ale były to typowe działania służb technicznych. Po krótkiej pracy całej załogi udało się przywrócić im świetność. O tym, że Kolumb i jego towarzysze dotarli nie do Indii, a do San Salvador na Bahamach, wiedzą chyba wszyscy. Ale czy wiedzieli podróżnicy? Kolumb miał podobno na pokładzie mapy uzyskane od teścia, gubernatora jednej z wysp Kanaryjskich. Zapewne jednak dla większości członków tej niezwykłej ekspedycji nie było to już tak oczywiste. Założenie bazy mieściło się w kanonach tego typu wypraw, Kolumb był zaskoczony, że ludność tubylcza jest w miarę spokojna i przyjaźnie nastawiona, a nawet skłonna do wymiany upominków W zamian za błyskotki uzyskano ozdoby ze złota, wskutek tego morale załóg wzrosło. Teraz celem załóg było pozyskanie jak największej ilości cennego kruszcu, co kłóciło się nieco z wizją Kolumba, któremu zależało przede wszystkim na działaniach eksploracyjnych.

Udało się jednak pogodzić rozbieżne dość cele i wyprawa ruszyła dalej. Celem stała się wyspa leżąca n południowy zachód, obfitująca we wszelkie dobra i kusząca swym urokiem. To Kuba. Ekspedycja rozpoznawcza potwierdziła bogactwo flory i fauny, rdzenni mieszkańcy na widok Europejczyków nie podejmowali walki a uciekali. To skłaniało niektórych strategów do hipotezy, że skoro uciekają to znaczy, że mają wiele do ukrycia. Bezpośredni kontakt rozwiał wątpliwości. Wprawdzie chętnie zamieniali złote ozdoby na prezenty marynarzy, ale wciąż nie była to taka skala,  o jaką im chodziło. Założenie kolejnej bazy zakończyło etap eksploracji regionu, Kolumb postanowił ruszyć dalej. Sąsiednia wyspa, Hispaniola, także była przez tubylców rekomendowana jako ciekawe miejsce toteż tam skierowano statki. Na wyspie postanowiono zbudować większą bazę, za czym optował zwłaszcza Kolumb, który jej krajobrazami był po prostu urzeczony. Żeglarze postanowili dokładniej spenetrować nowy ląd i opłynąć wyspę od wschodu. Kiedy 24 grudnia rano dowódca postanowił znaleźć jakieś miejsce dogodne do lądowania aby święta Bożego Narodzenia spędzić na stałym lądzie, zapewne nie przeczuwał, że tą decyzją odmieni losy wyprawy. Statki posuwały się na wschód pod wiat nie tracąc wszelako z oczu lądu. Dogodnego miejsca wciąż brakowało. Kiedy wreszcie obserwator z bocianiego gniazda ożywił się na swoim stanowisku dostrzegając zatokę, ściemniało się już i była to ostatnia chwila na lądowanie. Teraz emocje wzięły górę nad rozsądkiem, wszyscy oczami wyobraźni zobaczyli się już na brzegu podczas świątecznego śniadania.

Niestety, choć sama zatoka istotnie była miejscem niemal wymarzonym do kotwiczenia pełnomorskich statków, to jednak dojście do niej najeżone było przeszkodami. Na jedną z nich, w postaci rafy o ostrych krawędziach, weszła Santa Maria, co dla statku okazało się śmiertelną pułapką. Deski poszycia nie wytrzymały zderzenia; posypały się drzazgi, a do wnętrza zaczęła wdzierać się woda. Kolumb nie stracił zimnej krwi, szybko opanował sytuację, jednak jego działania okazały się niewystarczające. Dziura była na tyle duża, że załoga nie nadążyła z usuwaniem wody. Nic nie pomogło, statek wydawał się być straconym. Ocalono wszystko, co było możliwe do wyniesienia na ląd, resztę pozostawiono morzu. Z ocalałych rzeczy skonstruowano zręby fortu, w którym część załogi miała pozostać tu na dłużej. Nazwano go Navidad (Boże Narodzenie).

Epilog

Wkrótce Kolumb powrócił do Europy by królewskiej parze zdać relację ze swej wyprawy. Jego podróż uznano za misję udaną, choć zupełnie niezgodną z założonym celem. W późniejszych latach Kolumb jeszcze trzykrotnie wyprawiał się na drugą stronę Atlantyku aby odkrywać, poznawać, zakładać bazy, a nade wszystko łupić nowe terytoria. I choć Ameryki nie odkrył po dziś dzień jest uznawany za odkrywcę nowego lądu.

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.