W mroźny wieczór 74 lata temu, 30 stycznia 1945 roku, na północ od Łeby tonie statek Wilhelm Gustloff z 10.582 pasażerami. To największa w dziejach tragedia na morzu, zmarło 9.343 ludzi, ponad sześciokrotnie więcej niż na Titanicu.

Ofiary
Kiedy losy II wojny wydawały się być przesądzone, a Armia Czerwona toczyła walki o zdobycie portów Zatoki Gdańskiej, admirał Doenitz wydał rozkaz ewakuacji personelu okrętów podwodnych z Gdyni i Pilawy oraz ich sprzętu. Chodziło o wysokiej klasy specjalistów, którzy byli zagrożeni uwięzieniem przez NKWD i próbą wykorzystania niemieckich tajemnic militarnych. Akcja nosiła kryptonim Hannibal, a do jej realizacji wyznaczono kilka statków, spośród których Wilhelm Gustloff był największym. Rozkaz wydano 21 stycznia, a wkrótce operacja miała się rozpocząć i trwać do początków lutego. Rozkaz dotarł na pokład Gustloffa, ale tam zaistniała różnica poglądów pomiędzy cywilnym kapitanem statku, Friedrichem Peterdsenem, a dowódcą personelu wojskowego, komandorem Wilhelmem Zahnem. Ta dwuwładza miała z czasem narastać, była także powodem otwartego konfliktu. Kapitan statku to oficer marynarki handlowej zbliżający się do emerytury podczas gdy pionem wojskowym zarządzał dowódca U-Boota przeniesiony na Gustloffa. Statek cumował w Gdyni od połowy roku 1940 jako baza dla kadetów okrętów podwodnych. Załoga stała, licząca ponad 400 osób, została odesłana do domów, wygaszono kotły i inne urządzenia, zakonserwowano mechanizmy, co powodowało, że dawny „pasażer” nie był w stanie szybko wyruszyć w morze. Minimalna liczebność załogi wynosiła około 200 osób, do czasu wypłynięcia jednostki z portu gdyńskiego lista załogi liczyła 173 nazwiska, a braki były szczególnie dotkliwe w personelu maszynowni.

Napastnicy
Tymczasem z fińskiego Hango wypływał w rejs patrolowy radziecki okręt podwodny S-13 dowodzony przez kapitana Aleksandra Marinesko. Nie był to łatwy czas dla kapitana, po powrocie z rejsu miał on być bowiem przesłuchany przez NKWD i groziła mu utrata jednostki, zesłanie na ląd, a być może także więzienie. Został posądzony o niesubordynację na brzegu, sprawa niby drobna, ale w Armii Czerwonej była to kwestia bardzo poważna. Musiał się wykazać sukcesem, co odwróciłoby uwagę od jego problemów. Okręt zaczaił się w okolicach mierzei Helskiej, by tam czekać na swe ofiary, co było o tyle zaskakujące, że nie do końca zgodne z rozkazem. Kapitan miał pewną dowolność i Marinesko postanowił z niej skorzystać w celu ratowania własnej skóry. Było to zagranie va banque ale widać dowódca okrętu uznał, że nie ma wyjścia i musi wszystko postawić na jedną kartę.

Przygotowania do rejsu
Rozpoczęto ostatni etap przygotowań. Podczas rozruchu silników okazało się, że wskutek awarii jednego z wałów napędowych prędkość statku spadnie do około 12 węzłów. To budziło pewien niepokój, ponieważ prędkość radzieckich okrętów podwodnych wynosiła około 15 węzłów, co dawało szansę na doścignięcie konwoju i atak. Niepokój budził również niedostatek szalup i łodzi ratunkowych, w ostatniej chwili pobrano 380 tratw 10-osobowych ale było to sporo poniżej planowanej liczby pasażerów. Najwięcej emocji budziło jednak samo zaokrętowanie pasażerów. W pierwszej kolejności na pokład weszło ponad 900 specjalistów z bazy okrętów podwodnych, których ewakuacja była konieczna. W dalszej kolejności wpuszczono rannych żołnierzy frontowych oraz rodziny personelu bazy podwodniackiej. Partyjni notable i lokalni urzędnicy to kolejny zestaw pasażerów. Napór kolejnych chętnych był tak duży, że zdecydowano się odcumować statek i ustawić go w porcie na kotwicy, co tylko spotęgowało kłopoty logistyczne. Zaokrętowanie statku trwało ponad tydzień, na pokładzie znalazło się ostatecznie ponad 10 tysięcy pasażerów a wszyscy mieli nadzieję, że uda im się umknąć z zagrożonego Pomorza. Plan rejsu przewidywał wyokrętowanie wojskowych pasażerów w Kilonii, a cywilów we Flensburgu.

Wyjście w morze
Statek rusza 30 stycznia w południe. Po drodze zatrzymuje się jeszcze kilkanaście razy aby na pokład podjąć pasażerów mijanych jednostek, doliczono się ostatecznie 10.582 pasażerów choć w tym przypadku źródła nie są już zgodne. Jest przepełniony, ale nikt nie narzeka, każdy chce bezpiecznie wydostać się do Niemiec by ratować skórę w obliczu zimowej ofensywy wojsk radzieckich. Po minięciu Władysławowa do Gustloffa dołączyły dwa okręty eskorty, wkrótce jednak jeden z nich musiał zawrócić z powodu przecieku kadłuba. W rejs blisko linii brzegowej, w całkowitym zaciemnieniu podążały na zachód dwie jednostki. Nie płynęły kursem zygzakowatym w celu uniknięcia ataku torpedowego mimo rekomendacji ze strony szefa pionu wojskowego, niegdyś dowódcy U-Boota. Kapitan argumentował, że w mroźną noc blisko brzegu przy całkowitym zaciemnieniu statek będzie bezpieczny. Słaba widoczność dawała mu szansę a kapitan chciał jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznej strefie.

Rozpoznanie celu i atak
Nie docenił jednak Rosjan. Na S-13 trwał rejs patrolowy w okolicach cypla rozewskiego. Wkrótce zauważono niewielki konwój, co potwierdziły wskazania sonaru. Szybko zidentyfikowano obiekt jako duży statek, co postawiło w stan alarmu całą załogę. Okręt podwodny szybko zbliżał się do potencjalnego celu ataku, wreszcie kiedy napastnik zabezpieczył sobie drogę odwrotu zdecydowano się na atak torpedowy. Z czterech odpalonych torped trzy trafiły w cel, wszystkie poniżej linii wodnej. Ogromne dziury w poszyciu spowodowały natychmiastową śmierć wielu pasażerów i wdarcie się do środka ogromnej ilości wody. 55,07,29N, 017,42,13 W, to taką pozycję podawano z pokładu tonącego statku za pośrednictwem radia. Na pomoc ruszyły jednostki znajdujące się pobliżu. Statek szybko zaczął tonąć, po 50 minutach na powierzchni lodowatej wody utrzymywały się tylko łodzie ratunkowe i tratwy, z których wiele było uszkodzonych. Wiele osób nie dostało się na pokłady łodzi i tratw co sprawiło, że ich los był przesądzony. Załogi przybyłych na pomoc okrętów same obawiały się o kolejny atak, akcja była zatem szybka i nieco chaotyczna. Uratowano niewiele ponad tysiąc osób, reszta utonęła bądź zmarła z wychłodzenia. Jeszcze w kilka tygodni po ataku morze wyrzucało na plaże ofiary katastrofy. Zwłoki transportowano do Gdyni gdzie urządzono punkt wydawania ciał zmarłych ich rodzinom.

Chwała i medale
Informacja o ataku na Gustloffa rozeszła się lotem błyskawicy. Podczas tego samego rejsu patrolowego S-13 zatopiła także inny transportowiec, Steuben, co uczyniło kapitana rekordzistą w kategorii tonażu zatopionych statków podczas jednego rejsu. Kiedy załoga S-13 wracała do portu, witano ją jak bohaterów. Kapitan Marinesko z miejsca stał się wzorem godnym naśladowania i w niepamięć poszły jego poprzednie przewinienia. Dostał nawet wysokie odznaczenie bojowe, order Czerwonego Sztandaru. Jednak wkrótce ponownie dała o sobie znać jego niesubordynacja i kapitan wrócił do cywila. Po wyroku za kradzież spędził półtora roku w obozie pracy na Syberii i popadł wkrótce w zapomnienie pogrążając się w nałogu alkoholowym. Zmarł na raka w 1963 roku. Do łask wrócił w latach pierestrojki, a dekretem Michaiła Gorbaczowa został uhonorowany orderem Bohatera Związku Radzieckiego. Nakręcono o nim 2 filmy fabularne, napisano kilkanaście wierszy, jego imię nosi szkoła kadetów w Odessie, Muzeum Morskie w Skt. Petersburgu i kilka szkół oraz kilkadziesiąt drużyn pionierskich.

Dalsze losy statku
Gustloff był objęty tajemnicą i informacje na jego temat nie są precyzyjne. Plotka głosi, że Rosjanie w latach powojennych wielokrotnie penetrowali wrak statku, ale czego tam szukano, trudno określić. Ponoć na jego pokładzie miała znajdować się Bursztynowa Komnata, inne pogłoski mówią o supertajnych dokumentach o znaczeniu militarnym. Kiedy polskie morze odzyskali Polacy badano resztki statku znajdujące się na głębokości ok. 45 metrów. W latach 70-tych, podczas przygotowania toru wodnego pod przyszły Port Północny i port paliwowy zdecydowano się na pogłębienie toru dla dużych tankowców i ekspedycja Urzędu Morskiego miała za zadanie wysadzić resztki masztów. Od czasu do czasu Urzędy Morskie zezwalają na penetrowanie wraków przez płetwonurków ale czynią to rzadko i niechętnie, zwłaszcza po śmierci dwóch płetwonurków na Goi w 2003 roku. Wraki te mają status cmentarza morskiego i obowiązuje zakaz nurkowania w promieniu 500 m od nich.

Wilhelm Gustloff został zwodowany 5 maja 1937 roku jako statek pasażerski. Początkowo miał nosić imię Adolf Hitler, jednak ostatecznie nazwano go imieniem szwajcarskiego bojownika i działacza NSDAP, zastrzelonego później skrytobójczo. W 1940 roku zamieniony na statek szpitalny, a następnie jako baza kadetów okrętów podwodnych stacjonował na Oksywiu. Miał 208,9 m długości, 22,5 m szerokości, 6,5 metra zanurzenia, i pojemność 25.484 RT. Rozwijał prędkość do 15,5 węzła i przed wojną był flagową jednostką floty wycieczkowej faszystowskiej organizacji Kraft durch Freude.

Akcję Hannibal mimo straty Gustloffa kontynuowano aż do późnej wiosny. W jej wyniku Rosjanie zatopili jeszcze kilka innych statków znajdujących się na dnie w pobliżu wybrzeża Polski.
Steuben zaatakowany 9 lutego, zginęło ok. 3.350 osób – pozycja 55,13,26 N, 016,40,48 W
Goya zaatakowana 16 kwietnia, zginęło ok. 6.800 ludzi – pozycja 55, 12,02N, 018,18,36 W
Thielbeck, zginęło ok. 2.800 ludzi, głównie więźniów obozu koncentracyjnego w Stutthofie
Cap Arkona, zginęło ok. 4.300 osób, głównie więźniowie obozu koncentracyjnego w Stutthofie

MAS

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.