Jerzy Pieśniewski 25 czerwca kończy 80 lat. Jest jednym z najbardziej znanaych polskich projektantów jachtów, spod jego ręki wyszło kilkadziesiąt konstrukcji, z których chyba wszyscy żeglarze znają Morsa, Fokę Phobosa, Skippi i wiele innych, które trwale wpisały się w polski krajobraz żeglarski. Jerzy jest wciąż aktywny, wciąż pracuje, wciąż ma wiele planów. Z okazji jubileuszu przypominamy wywiad, jakiego Jubilat udzielił magazynowi H2O 10 lat temu, kiedy kończył lat zaledwie 70.

Woda lubi matematykę

Z Jerzym Pieśniewskim, konstruktorem jachtów, rozmawia Marek Słodownik

– Jurku, pod koniec czerwca obchodzisz  70-te urodziny. Czujesz się nestorem?

– Jeszcze tak o sobie nie myślę. Wiek nie przeszkadza w projektowaniu, czego dobrym przykładem był Olin Stephens projektujący w wieku 80 lat  jachty  do Pucharu Ameryki, ani też w żeglowaniu, jak dowodzi kariera czterokrotnego mistrza olimpijskiego Paula Elvstroema startującego w igrzyskach olimpijskich w wieku 72 lat na katamaranie Tornado.

– Jesteś inżynierem, masz stopień doktora nauk technicznych

– Skończyłem Wydział MEiL na Politechnice, specjalizację osprzęt lotniczy, później napisałem doktorat na Wydziale Mechaniki Precyzyjnej, czyli, obecnie, Mechatroniki. Zajmowałem się budową przyrządów pomiarowych. Przez wiele lat byłem członkiem zespołu w redakcji „Żagle”, od marca jestem na emeryturze. Ale pisuję nadal, mam tam cykl „Prześcignąć wiatr”, nadzoruję także redakcyjne testy jachtów opracowując wyniki badań i zamieniając je na krzywe biegunowe i inne wykresy.

– Żeglowałeś „od dziecka”?

– Kontakt z żeglarstwem miałem już jako 16-latek, kiedy pływałem na Wiśle w Płocku. Później zajmowałem się szybownictwem, a do żeglarstwa wróciłem w latach siedemdziesiątych.

– Jaka była pierwsza Twoja łódka?

-To Foka, jeden z pierwszych jachtów z laminatów poliestrowo-szklanych. Zaprojektowałem ją dla swojej rodziny. Zbudowaliśmy ją w  popularnym wówczas systemie maszoperyjnym. Formę i pierwszych kilka jachtów powstały w nieistniejących dzisiaj Zakładach Wklęsłodrukowych na Okopowej. To była jedna z pierwszych w Polsce konstrukcji typu backdeck, gwarantująca największą objętość przy tych wymiarach jachtu. Później zaprojektowałem drugą wersję Foki, różniła się kształtem kadłuba, poprawiłem stateczność początkową. Druga Foka budowana była przez maszoperię w Instytucie Techniki Budowlanej. Pamiętam, że jacht miał zbyt kanciastą pawęż, ponieważ kopyto stało zbyt blisko ściany i nie mogłem sprawdzić czy  zgadza się z projektem. Foka była również produkowana seryjnie w Stoczni Teligi w Szczecinie ze zmienioną nieco konstrukcją miecza. Oryginalnie, już w jej pierwszej wersji zastosowałem  miecz na wieszaku, rozwiązanie, które przejęli  później inni konstruktorzy.

– Później był Mors…

– Tak, to znowu była łódka dla mnie, po prostu dzieci urosły i przestaliśmy się mieścić w Foce. Jacht wzbudził wielkie zainteresowanie. Nieco później zaprojektowałem wersję RT. W całej Polsce powstawały dzikie formy i bardzo wiele jachtów pływało po wszystkich akwenach. Gdyby dochowano praw autorskich to dziś byłbym  bogaty. Mors powstawał na formie gipsowej, z którą mieliśmy kłopoty, ponieważ podczas budowy wciąż pojawiały się problemy z stabilnością wymiarową tego materiału.

– Podobno Focus 650 powstawał już przy wykorzystaniu komputera?

– Tak, napisałem własnoręcznie program wspomagający projektowanie linii teoretycznych oraz obliczenia oporów jachtu na ATARI 500, jeszcze w BASICU, później wraz z synem przenieśliśmy go na peceta  w Pascalu. To była czysta matematyka, ale woda taką matematykę lubi. Mój przyjaciel, Jan Młynarczyk, dostarczył mi algorytm do obliczenia oporów jachtu sporządzony na podstawie badań modelowych jednego z uniwersytetów holenderskich. Te nasze prace zdały egzamin, później wykorzystując ten program zaprojektowałem jeszcze Jumpera i Jokera.

– Który Twój jacht uważasz za najlepszy?

– To kłopotliwe pytanie. Często decydują o tym względy sentymentalne. Ja mam wiele sentymentu właśnie do pierwszych konstrukcji, które poniekąd zdecydowały, że zająłem się projektowaniem jachtów. Kiedyś jachty powstawały zupełnie inaczej, wiele godzin spędzałem przy desce kreślarskiej i przy obliczeniach, które nierzadko trwały miesiąc. Dziś te same obliczenia komputer wykonuje w kilka sekund.

Oprócz projektowania byłeś także czynnym regatowcem?

– Tak, ścigałem się  od lat siedemdziesiątych. W ramach mazurskiej Operacji Żagiel w 1979, zajmowałem się regatami turystycznymi. Regaty z Szerokiego Ostrowa ewoluowały poprzez Mistrzostwa Polski Jachtów Kabinowych do obecnej formuły Pucharu Polski Jachtów Kabinowych. Od 1978 wszystkie kolejne wersje formuł pomiarowych, firmowane przez PZŻ, były mojego autorstwa. Cyklicznie uszczelnialiśmy system łatając dziury. Myślę, że dopracowaliśmy te przepisy, choć oczywiście, jak w każdych przepisach można znaleźć  w nich luki.

– Ty uchodziłeś za zaciętego przeciwnika. To prawda?

– Unikałem ostrej walki na przepisy, protestowałem rzadko, bo protesty zabijają ducha walki. Ale czasem wyprotestować kogoś aż korci. Nie do końca można polegać na gentleman agreement, większość  żeglarzy jest wprawdzie w porządku, ale czasem zdarzają się ewidentne przekręty.

– Miałeś do wypełnienia jakąś misję?

– Chciałem popularyzować ściganie się, sport, obalałem mity mówiące, że żeglarstwo jest sportem dla elity. A takie regaty to znakomity motor postępu technicznego, pomagają zarazem w zgłębianiu tajników sztuki żeglowania. Zawsze byłem przeciwnikiem wyścigu zbrojeń, czego ukoronowaniem było wprowadzenie monotypowej klasy Skippi 650. O wyniku powinny decydować umiejętności załogi, a nie grubość portfela armatora.

– Byłeś również działaczem żeglarskim

– Przez krótki czas byłem wiceprezes PZŻ ds. Turystyki, ale szybko sam zrezygnowałem. Później implantowałem z Francji do Polski klasę Micro, założyłem nawet nieformalny  związek tej klasy w Polsce. Przez wiele lat pełniłem funkcje v-ce prezesa Międzynarodowego Związku tej klasy. Dzięki  pomocy Zbyszka Stosio udało nam się rozwinąć ją jeszcze w PRL-owskich warunkach. Jako pierwsi Polacy wystartowaliśmy w 1986 r.  na Micro Cup w Breście na swoim nieco siermiężnym, wobec jachtów konkurencji, Micronie. W Pucharze Europy w 1987 zająłem nawet 4 miejsce roku.  Później przyszły kilkukrotne zwycięstwa załogi Jarka Kaczorowskiego w Micro Cup czyli Mistrzostwach Europy.

– Czy nosisz w sobie projekt jachtu, który chciałbyś zrealizować?

– Chyba każdy konstruktor marzy o udanym projekcie klasy Maxi, wiadomo, to prestiż, sława, no  i duże wynagrodzenie. Dla mnie jednak  ważne było zaprojektowanie jachtu, który byłby popularny na świecie. Myślę, że udało mi się osiągnąć to z monotypem regatowym Skippi 650,  które to jachty  pływają nawet w Australii. Klasa ta jest spopularyzowana w wielu krajach Europy Zachodniej. Myślę więc, że wielkość  ma mniejsze znaczenie, ważne ile osób doświadcza przyjemności z żeglowania na mych jachtach.

– Ile masz projektów w swoim dorobku?

– Trudno zliczyć, zrealizowanych około 30, oczywiście najwięcej jest Fok i Morsów z uwagi na masową niemal skalę amatorskiej ich produkcji, jak szacuję, wszystkich moich jachtów żegluje kilka tysięcy. Moje prace można obejrzeć na stronie www.piesniewski.pl.

– Kto z młodych konstruktorów w Polsce wart jest uwagi?

– Nie chce wdawać się w oceny młodszych kolegów. Każdy z nich idzie własną drogą.

– Czy wiele się zmieniło w tej branży w ostatnich latach?

– Bardzo wiele. Jak wspomniałem, kiedyś konstruktorzy projektowali jachty dla siebie, dziś to już jest niemal przemysł, a o zamówieniach decyduje rynek czyli głównie firmy czarterowe. To powoduje, że na jachtach o pełnej wysokości stania musi znajdować się kompletny „hotel” ze wszystkimi  udogodnieniami typu toalety, ogrzewanie itp. Niejako  dla siebie, bo żegluję na tej łódce, zaprojektowałem ostatnio Jumpera 19, od niedawna Dalpol-Jacht buduje   Phobosa 29, inny producent usiłuje rozwinąć  monotyp  Flash 19. W ostatnie fazie przygotowania do produkcji jest też „bezpatentowy” bo 7,5-metrowy Aquatic 25. Pływające od 2 ponad  lat ponad 9-metrowe Bingo 930 zaprojektowane dla firmy Mariana Bełbota wygrywa systematycznie regaty jachtów czarterowych.

– Młodzi zgłaszają się do Ciebie na konsultacje czy po rady?

– Zdarza się, wszystkim jednak tłumaczę, że to niełatwy kawałek chleba, a konkurencja coraz ostrzejsza. W tej branży niekoniecznie najważniejsze jest wykształcenie techniczne, konstruktorem jest artysta plastyk czy konserwator zabytków. Minimum wiedzy i doświadczenia jest wszelako niezbędne, nie wspominając o chęci uczenia się, poszukiwań. Obecnie  prac projektowe  w wydatnym stopniu ułatwiają komputery.

– A co w tej pracy jest najtrudniejsze?

– Dla mnie zawsze było to rozwiązanie problemu kwadratury koła czyli sprostanie wymaganiom zleceniodawcy by powstał jacht w pełni mieszkalny,  stateczny jak katamaran, tani, no i by  pływał szybko jak motorówka.

– Jurku, dziękuję za rozmowę, jeszcze raz, w imieniu czytelników H2O i swoim życzę niesłabnącej aktywności zawodowej i wielu jeszcze udanych konstrukcji

– Dziękuję

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.