Żeglując po północnych Mazurach na jeziorze Dargin napotkałem niezwykłą jednostkę. Z daleka myślałem, że to jakaś nowa, wielce nietypowa, konstrukcja katamarana. Tyle, że płynął dużo wolniej od innych catów i zdecydowanie mniej ostro. Miał również nieproporcjonalnie niski maszt. Gdy podpłynąłem bliżej, wszystko stało się jasne. Katamaran był jednostką tak niecodzienną, że postanowiłem pogadać z jego załogą. Okazało się, że pływają na nim żeglarze z Niemiec, którzy corocznie przyjeżdżają do Polski by tu żeglować na różnych jachtach, a czasem także korzystać z uroków kajakarstwa. –Nasza jednostka jest odpowiedzią na pewne lenistwo załogi, która wprawdzie lubi kajaki, ale wiosłowania to już nie bardzo, mówi Thomas, kapitan. Aby jakoś wybrnąć z kłopotliwej sytuacji i pogodzić zapatrywania całej załogi, postanowiliśmy, że zbudujemy katamaran kajakowy by oszczędzić sił na szlaku i trzymać się razem we czwórkę. I tak też zrobili, Thomas jako student kierunku ścisłego i przyszły inżynier, podszedł do sprawy z należytym namaszczeniem. Prace rozpoczął od wykonania projektu komputerowego takielunku, podwozie było już wszak zaplanowane. Rozpatrywał różne warianty ożaglowania, różną wysokość takielunku, a kiedy prace dobiegły końca, pokazał jej efekty kolegom.

Kolejnym etapem przygotowań było wykonanie kosztorysu. Poszło gładko, okazało się jednak, że wykonanie całej konstrukcji z włókna szklanego jest –jak na kieszeń studentów-  zbyt kosztowne i konieczne było dokonanie korekty. Adaptacja istniejących na rynku elementów także nie wchodziła w grę z uwagi na zbyt krótkie elementy, a łączenie ich na maszcie wymagałoby wzmocnienia olinowania, co generowało koszty i nie zapewniało dostatecznej wytrzymałości przy wzroście ciężaru samych lin i koniecznych okuć. –O naszym projekcie dyskutowaliśmy aż do maja, później sesja na uczelni, efekt by taki, że termin wyjazdu zbliżał się dużymi krokami, a rozwiązania nie było. W końcu postawiliśmy na spontaniczność. Zdecydowaliśmy, że u siebie szyjemy tylko żagle, a takielunek załatwimy sobie już w Polsce.  Ponieważ budżet na przygotowania nie był wysoki, załoga do uszycia żagli zdecydowała się na wykorzystanie brezentu zalegającego w garażu rodziców. Poszło gładko, 7,5-metrowe żagle uszyto samodzielnie, pewien kłopot był z remizkami, ale ostatecznie wszystko się udało.

W Polsce pierwsze dwa dni trudno było dokończyć dzieła, ponieważ trasa spływu wiodła pod wiatr. Ale kiedy warunki poprawiły się, ekipa ponownie przystąpiła do pracy. Rurek aluminiowych o pożądanych rozmiarach nie było, zdecydowano zatem na rozwiązanie prostsze, bardziej ekologiczne, jak podkreślali jego twórcy. Do zbudowania takielunku posłużono się siekierą, a budulcem były nadbrzeżne olchy. Wybrano grubsze konary, z których wykonano belki poprzeczne. Teraz położono na nich kratownicę, na przecięciu której umocowano maszt. Całość powiązano sznurkami zakupionymi w lokalnym sklepie. Maszt o wysokości około 2,5 metra wyposażono nawet w saling. Nie mogło zabraknąć także bukszprytu aby grot nie przesłaniał małego foka. Bomem zostało wiosło kajakowe, a napęd pomocniczy  nowej jednostki stanowiły typowe pagaje, choć były nieco zbyt długie. Olinowanie projektowano spontanicznie, chodziło o to aby wytrzymało napór wiatru i by nie wykorzystać zbyt dużo materiału. Udało się zapewnić funkcjonalność i łatwość obsługi choć w trakcie powstawania olinowania nie obyło się bez dużej rozbieżności zdań członków załogi. Ponieważ po zbudowaniu i pierwszych próbach okazało się, że pozostało jeszcze kilkanaście metrów sznurka, został on wykorzystany do wzmocnienia całości aby zwiększyć sztywność wiązań. Pierwszy rejs był prawie udany, prawie, ponieważ w szkwale nie udało się zrzucić grota wskutek zbyt małej gładkości masztu, po którym przesuwała się żmijka z sizalowego sznurka. Załoga ocalała, takielunek też, ale niewiele brakowało aby cała konstrukcja została zwiana przez wiatr do wody. Uratowana została dzięki ofiarności szotowych mocno trzymających belkę rufową.

Próby „ morskie” pokazały, że katamaran żegluje sprawnie przy wiatrach pełnych, do ostrego baksztagu. W półwietrze posuwa się wprawdzie do przodu, ale przy znacznym dryfie. Na pełnych wiatrach płynie jednak zdecydowanie szybciej niż metodą tradycyjną, choć ciężar takielunku powoduje, że żegluga jest mało komfortowa ze względu na obniżenie linii wodnej. –Może nie jest to pływanie szczególnie efektywne, ale zabawa wynikająca z tworzenia własnych reguł z pewnością kompensuje wszystkie niedostatki. No i oszczędza się siłę fizyczną eliminując żmudną pracę na wiosłach, mówi Thomas, główny konstruktor i skiper jednostki.

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.