Czas jest nieubłagany, a w tym rejsie zdecydowanie mam go za mało. Cały czas się coś dzieje, czy to ujęte w harmonogramie rejsu, czy wynikające z nastroju chwili. A jest ciekawie, pomimo pogody, stale płatającej nam  figle.


Ciepły, bezwietrzny wieczór na Widłagach pozwolił nam długo obserwować gwiazdy i przelatujące satelity, nie wszystkie zbierające dane meteorologiczne. 

Ognisko i gitara, szanty i piosenki turystyczne grane cały wieczór przez Mariusza dawały nieopisany,  nostalgiczny nastrój. Wielu z nas przypominały się słowa piosenek nie śpiewanych od wielu, wielu lat.


Jak wcześniej zaznaczyłem pogoda na nie rozpieszcza, środowy poranek przywitał nas deszczem, a ekstra dodatek to zimny porywisty wiatr. Płyniemy do Iławy, do przystani Pod Omegą, gościnnego ośrodka turystyki wodnej PTTK. Jego gospodarz Staszek Kasprzak, znany wszystkim, którzy kiedykolwiek pływali po Jezioraku, przyjmuje nas przysłowiowym chlebem i solą, dodatkowo burmistrz miasta Iława, jako honorowy patron rejsu, przekazuje wszystkim uczestnikom rejsu pakiety informacyjne zawierające ciekawe materiały promocyjne Miasta Iława i atrakcji turystycznych gminy.


Realizując program rejsu, łączący walory turystyczno-krajoznawcze, realizujemy również cześć szkoleniowo poznawczą. Nas rejsowy nurek Włodek pokazuje sposób zakładania kombinezonu ratowniczego i jego użycia.

Poglądowa lekcja zachowania się w wodzie człowieka ubranego w taki kombinezon, uświadamia nam w jaki sposób należy się w nim zachowywać i pływać. Tu również jedno z rejsowych małżeństw Ewa i Tadeusz obchodziło 53 rocznicę ślubu, co w przystaniowej Tawernie uczciliśmy lampką szampana.


Następny, krótki etap rejsu zaprowadził nas na przystań w Sarnówku, ośrodka wypoczynkowego firmowanej przez TVP, kiedyś niedostępnego dla normalnych zjadaczy chleba, obecnie realia ekonomiczne spowodowały jego otwarcie dla wszystkich chętnych chcących skorzystać, nie tylko od wody, z jego atrakcji. Jest tu dość ładnie zagospodarowane pole namiotowe i kempingowe.
Po wspólnym wieczorze spędzonym w tutejszej kawiarence, przy mocno padającym deszczu, prawie biegiem udajemy na degustacje smażonych rybek, złowionych wcześniej przez rejsowych wędkarzy Tadzia i Włodka. Ogromny talerz, doskonale upieczonych, chrupiących uklejek i małych płotek błyskawicznie znika, a przygotowujący je kuchmistrze nie nadążają z ich pieczeniem.


Piątek 10 lipca to ostatni dzień kiedy na tym etapie harmonogramu rejsu możemy popływać na żaglarz, następne dni to już pływanie po kanałach z położonymi masztami. Etap Sarnówek – Chmielówko Letnisko to pełnoprawne regaty żeglarskie, z wyznaczoną linią startu i srogą komisją regatową, ścisłe egzekwującą przepisy regatowe. Najszybciej do linii mety dopływa załoga jachtu Blądi 2, ze skiperem Zygmuntem Młodszym, pozostałe załogi meldują się  na mecie w przedziale jednej minuty, co świadczy o bardzo zaciętej rywalizacja aż do samego końca, ale zwycięzca może być tylko jeden. Nagrodą za zajecie I miejsca była Chwała Zwycięzcy i bardzo ładny album o starych żaglowcach. Tutaj też mamy sposobność popróbowania miejscowych ekologicznych wiktuałów ze znakomitymi wędlinami, miodami, np. z truskawkami czy malinami, przesmacznym chlebem na zakwasie z tymiankiem, choć cena 15 zł za chlebek z niewielkiej foremki jest dość szokujący.


W następny poranek składamy maszty, klarujemy linii i płyniemy przez Zatokę Kraga, aby kanałami dostać się do Miłomłyna. Przystań Na Wyspie to ładnie położone, osłonięte miejsce, z pełną infrastrukturą brzegową, sanitariatami, ciepłą wodą i gościnnymi właścicielami  w osobach Tomka i Julii. W niedzielne do południe udajemy się do urn wyborczych, spełnić swą obywatelską powinność, ubrani w jednakowe, rejsowe koszulki początkowo wywołujemy spore zdziwienie wśród komisji wyborczej, a potem podejrzliwość czy aby ich kolor nie jest czasem złamaniem ciszy wyborczej. Zaraz po powrocie na przystań odpływamy z Miłomłyna, płynąc kanałami w kierunku jeziora Ruda Woda.  Tam, przy bardzo szkwalistej i deszczowej pogodzie cumujemy na chwilę w Wenecji -ośrodku harcerskim hufca Łódź. Kilka szybkich zdjęć, aby udokumentować, że rejsy PTTK dopływają wodą nawet do Wenecji i płyniemy do Czulpy, sztucznej zatoki utworzonej podczas prac przy realizacji bardzo ambitnego planu inż. GJ. Steenke – pochylni Kanału Elbląskiego.


W tym miejscu należałoby się dłużej zatrzymać i opisać wizjonerski projekt połączenia, przy prawie 100 metrowej różnicy poziomów, Pojezierza Iławskiego z Elblągiem i Zalewem Wiślanym. Nie zrobię jednak tego, bo chciałby aby jak największa rzesza żeglarzy wybrała się na ten zupełnie inny od Mazur akwen i sama przekonała się, że miejsca te są bardzo ciekawe turystycznie, przyrodniczo, a zwłaszcza wielością i arcyciekawymi rozwiązaniami budowli hydrotechnicznych. Niech każdy pozna uroki i tajemnicze zakątki Pojezierza Iławsko-Ostródzkiego.
Po zacumowaniu w Czupie, udajemy się na specjalnie zamówiony posiłek do Zajazdu Kłobuk, miejsca wręcz kultowego na mapie kulinarnych atrakcji Warmii. Część z nas idzie pieszo, część dzięki uprzejmości właściciela Zajazdu korzysta z podwózki, oszczędzając nogi, ale nie robiąc sobie miejsca na proponowane w menu wiktuały. Tutaj też nie będę opisywał wrażeń nie tylko kulinarnych z pobytu w Zajeździe pod Kłobukiem, bo historia jego powstania i nazwy, ścisłe wiąże się z postacią Zbigniewa Nienackiego i jego Pana Samochodzika. Polecam Zajazd wszystkim, którzy szukają czegoś więcej niż zwykłej, choćby najładniej przystrojonej jadłodajni.
Syci i zadowoleni, rankiem w dniu następnym, po blisko trzygodzinnym rejsie meldujemy się przy pochylni Buczyniec. Ale cóż to był za etap. O ile wcześniej, pomimo nisko zwisających gałęzi i płycizn dało się jakoś płynąć (problemem bywało wyminięcie się dwóch jachtów), to na tym odcinku niejeden z nas klął na czym świat stoi, wycinając kolejny raz nawinięte na śrubę silnika zielsko. Wypłycenia i silny wiatr powodował, że podniesiony miecz i wyłączony do czyszczenia silnik wpychał łódkę w jeszcze większą i gęściejszą zieleninę i kółko się zamykało. Tylko świadomość, że na Buczyńcu czeka na każdy jacht przygotowany przez Bistro Ślimak zestaw degustacyjny, składający się z trzech rodzajów, w inny sposób przygotowanych ślimaków, pchała nas do przodu i pomimo trudności pozwoliła dotrzeć do celu. A było co próbować: ślimaki po burgundzku, ślimaki nadziewane i snajki (co by to nie znaczyło, gdzie nie pośrednią rolę odgrywają cieniutkie plastry boczku). Było co próbować albo delektować, w zależności od podejścia do tego typu potraw. Tutaj również pożegnaliśmy jedną z naszych rejsowych załóg, „Plutek” z Elą i Mariuszem zakończyli już w tym miejscu swoją przygodę z Gościńcami Kanału Elbląskiego i jez. Jeziorak, gdyż obowiązki domowe nie pozwoliły im na dalsze uczestnictwo w rejsie.
Powrót tą samą trasa to już inna bajka. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego podnosimy płetwy sterowe prawie na „zero”, miecz do góry, silnik na 2/3 mocy i udaje się nam prawie bezboleśnie dopłynąć ponownie do bardzo gościnnej i dobrze wyposażonej przystani Na Wyspie, w Miłomłynie.
Tutaj,  przy przepięknej pogodzie, mamy zamiar spędzić dwa dni odpoczywając, grając w lotki i łowiąc ryby.
Do lektury następnej, subiektywnej relacji z rejsu PTTK.
Pozdrawiam
Wojtek Skóra     

25 załączników

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.