Rowerem przez Kanał Mazurski
Lipcowa niedziela, żar leje się z nieba, na dzisiaj, wykorzystując urlop,  mam plan zwiedzenia Kanału Mazurskiego. Po dłuższym namyśle rezygnuję z pontonu i kajaka, jako że stary szlak wodny jest poprzerywany odcinkami pieszymi, wykluczającymi -z uwagi na swą uciążliwość- przenoski. Chodzenie po gęstym lesie w strefie nadgranicznej z pontonem na głowie może budzić pewne podejrzenia, wolę nie ryzykować i urlop dokończyć na wolności. Samochód także odpada, odcinek leżący pod granicą, najciekawszy i najrzadziej odwiedzany, nie pozwala na dotarcie tam na czterech kołach zwykłej osobówki. Pozostaje rower, co budzi początkowo uśmiech politowania na twarzach moich urlopowych towarzyszy. Jednak decyzja zapada.

Całkowita długość projektowanego szlaku wynosi 51 km, z czego po II wojnie światowej na terenie Polski pozostały 22 kilometry. Aby zniwelować różnicę poziomu wody pomiędzy jeziorem Przystań a rzeką Łyną, wynoszącą 111 metrów, zaprojektowano 10 śluz i 2 jazy obsługiwane ręcznie. Na terenie Polski pozostało pięć śluz w różnym stanie zaawansowania budowy i późniejszej grabieży. W swej wyprawie nie mam nadziei na śluzowanie, chcę tylko zobaczyć je w stanie, w jakim znajdują się w prawie sto lat po rozpoczęciu budowy, która nigdy nie została ukończona.

Leśniewo górne i dolne
Ruszamy. Z Giżycka do północnej zatoki jeziora Przystań docieramy samochodem, tam robimy postój. Na nowym drewnianym pomoście sztauujemy rower, okazuje się, że niezbędnych rzeczy jest trochę dużo, konieczna jest zatem powtórna selekcja. Zamierzam wrócić jeszcze tego samego dnia by uniknąć nocowania na dziko przy granicy, mimo to klamotów jest sporo. Kiedy samochód baza zawraca, zostaję sam. Szybko naciskam pedały, mijam niebezpieczne skrzyżowanie pod linią kolejową i skręcam na zachód, w stronę Leśniewa. Droga otoczona szpalerem drzew daje cień, łagodne spadki pozwalają na szybkie pokonanie dystansu do pierwszych śluz. Na parking usytuowany po lewej stronie trzeba skręcić przed wioską, od kilku lat dba o to miejsce miejscowy rolnik, młody chłopak, który w turystyce dostrzega szansę dla siebie. Pilnuje porządku, sprzedaje bilety, mnie puszcza dalej z rowerem. Po wysokim nasypie jadę ostrożnie wzdłuż kanału aby wkrótce dotrzeć do śluzy Leśniewo Górne. Niesamowity widok. W środku lasu ogromna betonowa konstrukcja wydaje się tkwić tutaj niczym piramidy w Gizie. Ponad 60-letni beton w ogóle nie jest nagdryziony zębem czasu, trzyma się świetnie. Kanał jest zapuszczony i nieżeglowny, grube zielone kożuchy robią wrażenie, ale mało to miejsce przypomina szlak żeglowny. Od południa w konstrukcji śluzy widać odcisk niemieckiej gapy, ponoć sam wizerunek spoczywa na dnie kanału czekając na swego odkrywcę. Wokół rozwieszone liny, to miasteczko linowe specjalistów od wspinaczki stwarza możliwość do zarobkowania nie troszcząc się ani o zabytek hydrotechniczny ani o okoliczne drzewa. Śluza zarośnięta drzewami, co śmielsi turyści wdrapują się na jej szczyt by stamtąd podziwiać panoramę. 70 procent zaawansowania prac budowlanych pozwala wyrobić sobie opinię o skali tego przedsięwzięcia sprzed stu lat.
Kanał Mazurski od wielu lat budzi emocje. Obiekt unikatowy na skalę europejską nie miał szczęścia do historii. Kiedy zaczęto projektowanie, jeszcze w roku 1862, wydawało się, że będzie to przełom w transporcie towarów z północnych Mazur. Najkrótszy szlak łączący Mazury z Pregołą i Zalewem Wiślanym wydawał się atrakcyjną alternatywą dla spływu towarów Pisą, Narwią i Wisłą, o  kosztach już nie wspominając. Ponadto Prusacy potrzebowali wielkiej ilości energii do osuszenia terenów podmokłych by wykorzystać je rolniczo. Prace przeciągały się, zmieniano także przeznaczenie nowej drogi wodnej. Zrezygnowano z montażu urządzeń energetycznych pozostawiając szlakowi zadania transportowe, przede wszystkim torfu, drewna  i zboża.

Wracam wzdłuż wału do śluzy Leśniewo Dolne. Ona już nie robi takiego wrażenia, jej budowa była mniej zaawansowana, ledwie dźwignęła się z fundamentów. Ale dzięki temu lepiej można poznać konstrukcję samej śluzy. Kończy się tuż przed drogą na Srokowo, widać ją nawet z niej i niemal wszystkie samochody tu zwalniają by przyjrzeć się jej choć przez chwilę.

Guja
Na mnie pora, ruszam na Guję, jedyną ukończoną śluzę tego systemu, notabene czynną do dzisiaj i chyba najbardziej znaną. Jej znaczenie jest jednak mocno ograniczone, służy praktycznie do regulacji poziomu wody w kompleksie Wielkich Jezior. Dotrzeć do niej jest łatwo, dojazd jest dobrze oznakowany. Sama śluza jest oddalona o około 300 metrów od jeziora Rydzówka, jedynego naturalnego elementu na trasie kanału. Poprzedza ją jeden z dwóch kanałowych jazów o szerokości drogi wodnej, obsługiwany ręcznie. Spokojna woda, niezmącona cisza, pojedynczy wędkarze na swych dłubankach, właściwie tylko dźwięk kołowrotków mąci ciszę. Wreszcie docieram do śluzy; jest ogromna, dwie betonowe wieże wyznaczają jej komorę, spadek poziomu wody to 11 metrów. Z góry komora wydaje się ogromna choć bardzo wąska, pryska szybko mit o transportowaniu U-bootów na Mazury w celach remontowych. To po prostu nie mogło być realne, to tylko legendy. Mówiono kiedyś o transportowaniu silników do remontu, jest to jednak zupełnie coś innego. Ujście planowanego kanału znajdowało się na jeziorze Przystań, obok którego zlokalizowano sztab Wermachtu i całe betonowe miasteczko, czy jednak istniał jakiś związek między tymi faktami- trudno powiedzieć.

Pracownicy obsługi oprowadzają naprędce zebraną grupę po maszynowni śluzy. Sprawna jest tylko część urządzeń, w pomieszczeniach walają się koła zębate i wały, trudno nawet wyobrazić sobie, do czego mogły niegdyś służyć. Za to po drugiej stronie krajobraz bajkowy, szeroka niecka kanału porośnięta bujną roślinnością, a woda niczym niezmącona i porośnięta rzęsą. Obok domek pracowników obsługi, bardzo stylowy, choć obejrzenie go z bliska nie jest możliwe.

Bajory Małe
Teraz pora na kolejną śluzę, to Bajory Małe. Z Gui prowadzi do niej kiepska droga gruntowa, na przedzieranie się przez las wzdłuż kanału nie decyduję się z uwagi na nieprzewidywalny teren. Zajeżdżam do wsi, ale tu pusto całkiem i nawet nie ma kogo zapytać o śluzę. Z mapy wynika, że musi być przed wsią, ale nie ma tam ani znaku ani nawet drogi. Wreszcie napotykam kobietę, która wie, jak dotrzeć do celu. Wracam główną drogą uważając na polną dróżkę prowadzącą do śluzy, mijam kilka ścieżek, ale chyba pojechałem zbyt daleko. Wracam ponownie jadąc powoli poboczem, wreszcie jest. No, pani nie kłamała, dróżka jest rzeczywiście mało uczęszczana. Zjeżdżam łagodnie łąką w kierunku lasu, ale droga się rozwidla, a obydwie są tak samo nieuczęszczane. Jadę w lewo, robi są coraz bardziej podmokle, wreszcie rower grzęźnie na dobre w chaszczach i błocie. – W takich warunkach aktywne mogą być tylko komary, pomyślałem, ale nie widzę żadnej śluzy. Na sztabowej mapie N-34 nie ma jednoznacznej podpowiedzi, GPS jest w tych warunkach bezużyteczny, czuję jednak, że cel jest niedaleko. Zostawiam swój pojazd ukryty w krzakach na skraju lasu, dalej ruszam pieszo. Trawa sięga ramion, teren podmokły, komary atakują wściekle czując rzadki posiłek. Przeskakuję z kępy na kępę traw aby nie moczyć nóg, jest coraz gorzej. Kiedy jestem już bliski rezygnacji, nagle zza drzew prześwituje ściana betonu wysoka jak kamienica. Jest! Czuję się jak zdobywca Amazonki, las jest nieprzyjazny, ale innej drogi nie ma. Docieram do strumyka, który –jak wynika z mapy- jest właśnie głównym nurtem kanału. – O choroba, pomyślałem. Nie jestem pewien, czy władze fundacji mającej na celu rewitalizację szlaku widziały ten jego fragment, daje on jednak dobre wyobrażenie o skali koniecznych do podjęcia prac. Tych prac jest po prostu ogrom! Strumyk przeskakuje po złamanych drzewach, toczy się w niskim wąwozie niczym górski potok i ma nawet podobną głębokość. Kiedy dociera do wysokiej na dwa piętra śluzy, zręcznie ją omija nie dając jej nic z wody, którą pracowicie niesie. Po ominięciu przeszkody wraca na stary szlak niknąc za kolejnym zakrętem. Śluza jest tutaj niczym statek kosmiczny. Całkowicie nierealna w leśnym krajobrazie i jakby wyabstrahowana z rzeczywistości. Jej rozmiar kontrastuje z leśnym młodniakiem, który ją otacza coraz ściślejszym pierścieniem. Starannie pourywane stalowe drabinki na betonowej konstrukcji wskazują, że bywała kiedyś odwiedzana, ale był to jedyny sposób wspięcia się na górę. Jest odwiedzana rzadko, na co wskazują doprawdy nieliczne bazgroły w stylu „Tu byłem…”. Po drzewach wchodzić bez asekuracji nie będę, musi mi pozostać eksploracja z zewnątrz. I ta budowla była ukończona w około siedemdziesięciu procentach, co oznacza, że zapewne część maszynowni znajduje się na górze. Brzegiem strumienia chodzić trudno, wiele drzew jest zwalonych, najwygodniej wodą. Śluza jest tak wielka, że z trudem mieści się w obiektywie aparatu.
Prace budowlane rozpoczęto w 1911 roku i szybko posuwały się one naprzód. Przerwała je po trzech latach I wojna światowa, a do zajęć robotnicy wrócili dopiero po dwudziestu latach, w roku 1934. Kiedy ponownie nabrały one tempa, wybuchła II wojna i całą budowę utajniono ze względów militarnych. Ostatecznie prace zostały przerwane w roku 1942. Wówczas cały kanał był wypełniony wodą i wydawało się, że do ukończenia budowy brakuje niewiele. Były to jednak złudzenia, ponieważ stan zaawansowania niektórych śluz sięgał zaledwie 15 procent, co zapowiadało konieczność długotrwałej kontynuacji budowy. Problemem stała się także granica polsko-radziecka biegnąca w poprzek szlaku. Rosjanie nie byli zainteresowani kontynuacją budowy nie dostrzegając dla siebie korzyści, strona polska miała na głowie inne problemy, bardziej istotne od kończenia budowy o niejednoznacznym przeznaczeniu. W tej sytuacji stworzono idealne warunki do grabieży pozostałych urządzeń i dewastacji wałów. Początkowo miała ona charakter zorganizowany w kolejnych miesiącach inicjatywę przejęła okoliczna ludność. Po stronie radzieckiej budowano później drogi przecinające szlak, a materiał ziemny z wałów kanału wykorzystywano do budowy tych dróg. Rozkradziono z czasem wszystkie metalowe elementy  możliwe do demontażu w warunkach domowych, naporowi oparły się praktycznie najcięższe urządzenia i części wyposażenia.

Z żalem opuszczam to miejsce, ale czas goni. Wracam po znanych już kępach traw do roweru, a później pcham go bohatersko przez kilkaset metrów do głównej drogi. -Znalazł pan tę śluzę? Pyta ta sama kobieta siedząca na ławce przed domem. Tak, odpowiadam, a kiedy mam ruszać, zatrzymuje mnie na chwilę. –Wie pan, tutejsi mówią, że tam kiedyś, jeszcze w latach pięćdziesiątych były ukryte jakieś kosztowności. Wielu ich szukało, ale chyba nikt nie znalazł, albo może nie chciał powiedzieć, że je ma, dodaje po chwili. -Ale nic konkretnego nie wiadomo, choć przez kilka tygodni kręciło się tu sporo funkcjonariuszy z UB. Pani Barbara niczego więcej powiedzieć jednak nie chce, pora więc ruszać dalej.

Bajory Wielkie
Jadę na nieodległy most na kanale by zobaczyć jak wygląda on w tym rejonie. Kilkaset metrów i już cumuję swój rower do balustrady. Widać kanał, choć wygląda on doprawdy karykaturalnie. Szeroki wąwóz wypełniony jest w całości trzcinami, których jest tu doprawdy morze. Łagodnie falują poruszając się w rytm muzyki wiatru. Kiedy wpatruję się bliżej, widzę wąziutki ciek wodny, tak, to jest kanał! Tablica z mapą wkopana tutaj w ramach projektu LGD 9 utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze trafiłem. Znów refleksja o ogromie prac rewitalizacyjnych, to jednak praca na pokolenia.
Muszę znaleźć ostatnią na terenie Polski śluzę Bajory Wielkie. Trasa prowadzi do centrum wsi z przepiękną cerkiewką. Cerkiew tutaj? Zadaję sobie pytanie, ale odpowiedzi nie znajduję. Dalej na wyczucie jadę zgodnie z mapą, ale droga się urywa. Odnajduję jednak ręcznie malowany drogowskaz, wkrótce potem kolejny i tym sposobem, kręcąc nieco po wsi, docieram do wyboistej polnej drogi, która otwiera się za każdym zakrętem. Kiedy już  tracę nadzieje na dotarcie do celu, droga nagle się kończy bramą, za którą jest podwórko. Podjeżdżam powoli, jakieś dwie sylwetki kręcą się przy stoliku pod daszkiem, widać, że panowie celebrują niedzielę mimo wczesnej, południowej pory. Panowie, którzy nie przedstawili się, mówią, że są już na emeryturze, dlatego tu zostali. Kto żyw, ucieka stąd zaraz po szkole, bo perspektyw to tutaj nie ma. Obydwaj mieszkają w budynku odkupionym niegdyś od gminy, niegdyś pełnił on rolę mieszkań służbowych dla nauczycieli miejscowej szkoły, ale teraz nie ma już szkoły, nie ma uczniów, nie ma nic. –Tylko my zostaliśmy, mówią z rozbawieniem. Teraz to jeszcze można żyć, ale jak przyjdzie zima i śnieg, to nas odśnieżają na samym końcu. A żyć jakoś trzeba, nawet gdy dostawa chleba staje się fikcją. -My piec nie umiemy, ale we wsi jest gospodarz mający w chałupie piec chlebowy, to piecze dla innych. Pijemy na zdrowie nalewkę z żurawiny własnej roboty, robi mi się ciemno przed oczami, a łzy pojawiają się same. Mocna!, chwalę, ale na kolejny już nie dam się namówić.

-My jesteśmy Ukraińcami, jak większość ludzi tutaj, mówią. Przesiedlili nas w ramach akcji Wisła. Nikt nie pytał o zgodę, wsadzili w pociąg i powieźli w nieznane. Każdy musiał się tu zaadaptować jak tylko mógł, niektórzy tęsknili, ale wrócić nie mogli. Kilku pogrążyło się w nałogu, kilku zmarło z przepicia, później jakoś się ułożyło. To dlatego w środku wsi mamy cerkiew zamiast kościoła, dodają. Z miejscowymi, których było po wojnie zaledwie kilku, jakoś nam się ułożyło. My mieliśmy swoje życie, oni swoje, wkrótce ostatni autochton zmarł więc było już prościej. Nie wiem, co oznaczało to w praktyce, wnioskuję, że łatwo im nie było. Pytam o śluzę i wskazują zgodnie ruchem ręki wąski przesmyk w krzewach. Przechodzę po kładce, później po rozległej polanie z pasieką, wreszcie docieram do kanału. Nie robi spodziewanego wrażenia, stan zaawansowania słabiutki, ledwie dwie ściany wyrastają ponad poziom gruntu, reszta nabrzeża także zabetonowana, ale trudno nawet oszacować skalę tej budowli. Położona jest w mało ciekawej okolicy, ważna jest o tyle, że to ostatnia śluza na terenie Polski.

Wracam do swoich gospodarzy, po drodze znajdując ogromnego grzyba. To dla panów, na zupę, mówię, a oni nalewają drugi kieliszek żurawinówki. Trudno, muszę. Spełniamy toast za powodzenie, panowie upewniają się, czy niczego mi nie brakuje. Pytam, czy dociera do nich dużo ludzi w sezonie. Patrzą po sobie badawczo, po czym starszy stwierdza, że kilkanaście osób indywidualnych oraz kilka autokarów  turystycznych z Niemiec. –Naszych tu nie ma prawie wcale, za daleko, rzuca nie podnosząc głowy znad stołu.

Jadę dalej, choć już nieco mniej pewnie. Chcę jeszcze koniecznie zobaczyć graniczny fragment kanału. Po betonowej drodze z sześciokątów jedzie się fatalnie, ale kilometrów przybywa. Dojeżdżam do Brzeźnicy, najdalej na północ wysuniętej miejscowości związanej z kanałem. Znów nie ma kogo zapytać o drogę, zatrzymuję się więc na moście. Tym razem widać nawet trochę więcej wody, ale porośniętej rzęsą i trzcinami. Tutaj także nie da się pływać, szkoda. Wypatruję granicy polsko-rosyjskiej znajdującej się kilkaset metrów stąd, nie widać kompletnie nic. Żadnych znaków, patroli, słupów, zupełnie nic. Jestem zawiedziony, rezygnuję z eksploracji nadgranicznego odcinka. Wyposażony w wojskowy ekwipunek, strój w kolorze maskującym, z kompletem map sztabowych i profesjonalnym GPS-em miałbym zapewne niejakie trudności w uzasadnieniu swojej tu obecności. Pewnym wyłomem w moim wizerunku jest rower górski, ale na wszelki wypadek wolę nie nadużywać tolerancji Straży Granicznej. Wracać tez mi się nie chce. Dzwonię po transport z Giżycka, szybko obliczam, że mam ponad godzinę czasu i jadę dalej. W Brzeźnicy dzieje się niewiele, ale warto zobaczyć pałac który po przejściu w prywatne ręce jest odbudowywany. Ogrodzony, ale dobrze widoczny. Zastanawiam się kto ma wizję życia na takim odludziu, ale doceniam piękno stylowego budynku. Obok gorzelnia i już wiem, co można tu robić w długie zimowe wieczory.

Dalej droga o jeszcze gorszej nawierzchni prowadzi w kierunku Asun z obeliskiem ku pamięci statku Amazon, to jednak odrębna opowieść. Wracam na most, gdzie mam czekać na transport, czuję, że żurawi nówka odebrała mi siły, poza tym jest bardzo gorąco. Siedzę w cieniu wielkiego dębu i zastanawiam się jak wyglądałby ten region, gdyby Niemcy zdołali ukończyć kanał. Szlak na Zalew Wiślany stałby otworem, żeglowanie byłoby bardziej urozmaicone, możliwe byłoby wykonanie pętli Wisłą w dół, następnie Zalew Wiślany, Kanałem Mazurskim można byłoby dostać się do Wielkich Jezior, a stąd spłynąć Pisą i Narwią do Warszawy. Sprawy wizowe bratniego państwa pomijam dyskretnie na potrzeby tej śmiałej hipotezy. Na razie mamy nieukończony fragment kanału, który prowadzi donikąd, do żeglowania się nie nadaje zupełnie, za to wciąż owiany jest legendą przyciągającą nowych zwiedzających.

MAS

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.