Sapina to rzeka, która leżąc na szlaku Wielkich Jezior pozostaje nieco na uboczu. To paradoks, który jej sprzyja, ponieważ nie jest szlakiem popularnym. Na dystansie niespełna 35 kilometrów można wyłączyć się całkowicie z uścisków cywilizacji, odetchnąć od zgiełku i całkowicie się wyluzować. Spotkać można dziką zwierzynę i rzadkie ptaki, a szlak jest poza zasięgiem mojej sieci telefonii komórkowej, co już samo w sobie może być dobrą rekomendacją.

Swój początek żeglowny Sapina bierze za Kruklankami, a kończy się na Święcajtach. Nasz spływ to 9 osób podzielonych na 5 kajaków, ponieważ jesteśmy grupą studentów, zależało nam aby spłynąć niespiesznie, dzieląc się na załogi dobrane tak, by siły były równo rozłożone.

Startujemy za Spytkowem nad jeziorem Kruklin i już po dotarciu na miejsce z kajakami na przyczepie wiemy, że to nie był dobry pomysł. Stromy brzeg, trudno dostępna rzeczka, ale stało się. Badamy organoleptycznie możliwość pływania kajakiem i wygląda na to, że jednak można na niej zwodować kajak bez szurania dnem o piach choć jest bardzo płytko. Malownicza polanka w środku lasu rekompensuje nam minusy, poza tym ruszamy dopiero nazajutrz. Rozbijamy namioty i biwakujemy. Impreza przy ognisku trochę się przeciąga, od razu też decydujemy się godzinę naszego spływu nieco opóźnić.

Jednak ruszamy

Jednak rankiem nie czujemy się nadzwyczajnie mocni i już przy śniadaniu omawiamy możliwe scenariusze działań. Kiedy szala przechyla  się na korzyść pozostania w tym miejscu do jutra, okazuje się, że do dyskusji włącza się właściciel łąki, na której stacjonujemy. Po krótkiej konwersacji, w obliczu argumentów finansowych wysuniętych przez naszego nowego znajomego decydujemy się zwijać tobołki i ruszać niemal natychmiast. Poupychaliśmy dobytek w kajakach i ruszamy niesieni prądem. Pierwszy kontakt z wodą owocuje przypływem energii i ruszamy. Jeszcze na wieczór chcemy dotrzeć do Kruklanek w celu uzupełnienia zapasów, musimy się trochę sprężyć. Po drodze robimy krótkie postoje co 2-3 godziny, wszak ten rejs ma być przyjemnością.

Po południu dopływamy do ruin mostu kolejowego, co oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze musimy się zatrzymać, bo konieczna będzie przenoska kajaków nad drewnianą kładką dla turystów, a po drugie zostajemy na dłużej, bo do Kruklanek mamy już tylko kilka kilometrów. Most jest imponujący, w latach swojej przedwojennej świetności stał na głównym szlaku transportowym Mazur. Co ciekawe, przetrwał wojnę, a nawet ofensywę Armii Czerwonej. Po wyzwoleniu tych terenów był jeszcze intensywniej wykorzystywany, ponieważ tędy wywożono na wschód łupy wojenne. A łupów tych musiało być naprawdę wiele, skoro to okoliczna ludność w trosce o swoje przyszłe życie postanowiła jakoś temu przeciwdziałać. Plan działania był prosty, wysadzić most w powietrze i zniknąć, bo represje były wpisane w codzienność tych ziem po wojnie.

Realizacja planu w zimową noc spowodowała, że ogromny kamienny most przestał istnieć jako szlak komunikacyjny, wyzwoliciele łupy wywozili inną drogą, a śledztwo prowadzone przez NKWD nie przyniosło rezultatu. Dziś jest to jedna z atrakcji turystycznych regionu, most często, choć nieco na wyrost, porównywany jest do wiaduktów w stańczykach.

Po południu wpływamy triumfalnie do Kruklanek. To dziwne miejsce, właściwie wieś, ale ruch w nich jak w prawdziwym kurorcie. Niezwykle zadbane, odmalowane jakby na wizytę dygnitarza, oferuje sporo sklepów i usług i bardzo marne miejsce do lądowania kajaków. Plaża miejska to polanka z dala od centrum, a dostać się na nią nieco trudno. Decydujemy się popłynąć na jeden z biwaków na zachodnim brzegu jezioro Gołdopiwo. Po wypłynięciu nie możemy się nadziwić, że na jeziorze wielkości mniej więcej Mamr widać tylko siedem jachtów i trochę drobnicy kajakowej. -Że jeszcze są takie miejsca na Mazurach to nie widziałem- mówi Tomek, mój partner z kajaka, który mieszka na stałe w świętokrzyskim i jest to jego trzecia wizyta na Mazurach.

Biwak rozbijamy sprawnie, wszystkie zapasy uzupełnione w Kruklankach wykańczamy już do północy. A skoro wszystko jest wyłykane, można iść spać,. Niemiłosiernie gryzą komary, dociekamy, że to chyba skutek małej populacji ludzi w tym rejonie sprawia, że jesteśmy takim rarytasem dla krwiożerczych bestii.

Nazajutrz

Ranek budzi nas słońcem i bezwietrzną pogodą. –Będzie super, myślę, ale do porządku przywołuje nas Tomek swym przeciągłym „o cholera, będzie żarówa i martyrologia”.

Szybkie śniadanie i ruszamy. Trzymamy się zachodniego brzegu, bo tu jest ładnie, a poza tym stąd będzie bliżej do rzeki. Szukamy przez jakiś czas wejścia w rzekę, wreszcie jest. Posuwamy się niczym w labiryncie w ogromnym trzcinowisku broniącym dostępu do sluzy Przerwanki, słychać już wrzawę jakiejś wielkiej grupy ludzi, ale wciąż nie widać śluzy. Wreszcie jest, ale przed nią kłębi się tłum kilkudziesięciu kajaków z rozwrzeszczaną gawiedzią. -Będzie ciężko, myślę, to zaprzeczenie pływania po Sapinie, taki hałas źle się komponuje z tym miejscem. Sprawne śluzowanie łagodzi nieco napięcie w ludziach i kawalkada rusza naprzód. Nasza ekipa zostaje, musimy ruszyć do sklepu w celu uzupełnienia zapasów, wracamy tylko z lodami zamiast piwa. Dobry humor nie wraca…

Nie mając mapy decydujemy się na spływ. -Na razie jest rzeka, a potem jakoś sobie poradzimy, to nasza dewiza. Nasz  spływ rozwija się zgodnie z planem. Jest cicho, pięknie, nie trzeba wiosłować, wystarczy od czasu do czasu odepchnąć się wiosłem. Płyniemy w gęstym lesie, wiatr ledwie porusza czubkami drzew. Za naszym kajakiem na holu dystans pokonują dwie butelki piwa, to nasza ostatnia deska ratunku i wybawienie na upalny dzień będąc obiektem pożądania całej grupy.

Po godzinie dopływamy do jeziora. Teraz mamy dylemat, bo przed nami rozwidlenie. –W lewo, tam chyba jest przejście, mówią jedni. Prosto, tam majaczy jakiś kajak, to zdanie innych. Decydujemy się poczekać na wyjaśnienie zagadki, nie moglibyśmy bowiem darować sobie daremnego wioślarskiego wysiłku włożonego w poruszanie się w niewłaściwym kierunku. Mamy plan mówiący, że pierwsza grupa kajakarzy lub jachtów wskaże nam kierunek, a my natychmiast ruszamy w ich stronę.

Oczekiwanie przeciąga się, słońce pali niemiłosiernie, wreszcie jest rozwiązanie naszej zagadki. Dwa jachty płyną w naszą stronę, co oznacza jednak konieczność wykrzesania z siebie wysiłku. Płyniemy powoli, nie ma jak schować się przed słońcem a kiedy docieramy do zakrętu, przed nami otwiera się koleje jezioro. -Dobra, myślę, za nim widać już trzciny, a w nich kajaki. To tam czeka na nas biwaczek i jakiś obiad. Teraz już szybciej, bo widać koniec zmagań, płyniemy w grupie, która w wąski przesmyk nie ma szans zmieścić się na szerokość. Z biwaczku jednak nici, wszędzie muł i niedostępne brzegi. Stadnina koni na odludziu takim, że nie widać nikogo, żal, że nie można dobić do brzegu. Płyniemy więc dalej, ku kolejnemu lejkowi w trzcinach, a wraz z nim pojawia się prąd rzeki i odchodzi chęć do stawania na biwak. Przy ruinach starego mostu stajemy tylko na krótki posiłek i w drogę. Jemy jednak długo, na twarzach widać bowiem zmęczenie ludzi nienawykłych do codziennego fizycznego wysiłku. Herbata z czajniczka turystycznego smakuje jak nigdy, wokoło cisza i spokój.

Postój jednak się przeciągał i decydujemy zostać tu na noc. Namioty szybko stają na lewym brzegu, kajaki wyciągnięte na brzeg czekają do jutra. Sklepu w okolicy nie ma żadnego ale od czego żelazne zapasy z dna plecaka… Ognisko, kiełbaski, nocne Polaków rozmowy i tak prawie do rana.

Znowu trzeba płynąć

Ranek nie jest naszym sprzymierzeńcem. Odciski na umęczonych dłoniach mówią nam, że nie jest to łatwy spływ, a przed nami droga jeszcze daleka. Zbieramy się nieco wolniej niż wczoraj, ale poranna kawa na leśnej polance jest bezcenna. Spływamy na południe, ale wkrótce rzeka kręci i widać już kolejne jezioro. Pozezdrze, mało ciekawe, bo lewy brzeg to rozległa polana pozbawiona prawie drzew, a więc i biwaków, a prawy to niedostępne trzcinowisko i muł na długość wiosła. W powietrzu widać drapieżnika, spieramy się czy to orzeł czy jastrząb, ale nasz spór pozostaje nierozstrzygnięty. Płyniemy spokojnie, kolejne metry mijają powoli, jednym słowem nuda. Dopływamy spokojnie do kolejnego lejka, jest biwak po lewej stronie, za nim most. Idziemy na drogę, śladów cywilizacji brak. Żadnego sklepu, baru, nawet domu, trudno, męczymy się dalej. Rzeka kręci w trzcinach, nie widać nic poza korytarzem przed nami. Żadnych kajaków, żadnych łódek, czy nie pomyliliśmy drogi? Prąd naszej rzeki jest jednak dość silny, co wskazuje, że mamy rację. No to płyniemy, choć bez brawury i rekordów prędkości. Wpływamy do lasu dzięki czemu mamy cień, ale rzeka bardziej kręci zmuszając nas do uporczywej walki z prądem i konarami na brzegu. Zakręty takie, że trudno jest się czasem wyrobić, dzioby wbijają się wówczas w brzeg, a prąd obraca nas rufą do przodu. -Dobra, niech będzie i tak, myślę i nie podejmuję walki z żywiołami. Po godzinie dopływamy do wielkiej polany, na końcu której majaczy jakieś gospodarstwo. Będzie więc woda, a może i coś więcej. Niestety, grupa, która wróciła z rekonesansu ma tylko wodę. Dobra, nich będzie i tyle. Ruszamy i teraz już nie wychodzimy z lasu. Rzeka malowniczo płynie prze świerkowe knieje, spokój, cisza i brak jakiegokolwiek ruchu na wodzie. Od czasu do czasu omijamy tylko czubki zwalonych drzew. Nie można nigdzie wyjść na brzegi, są praktycznie niedostępne. A skoro nie można wyjść to płyniemy dalej. Jest w miarę szeroko, nurt płynie dość szybko, praca kajakarza nie jest przesadnie ciężka. I tak pokonując bezstresowo kolejne kilometry dopływamy nieoczekiwanie do drewnianego mostu i wielkiej polany na prawym brzegu. Ten most stanowi naturalną selekcję dla załóg jachtów decydujących się na pływanie po Sapinie. Zbyt niski dla większości jachtów kabinowych nie zachęca do pływania w górę rzeki także konieczność wiosłowania pod prąd z uwagi na strefę ciszy. To dlatego prawie nie ma tutaj jachtów, hałasu i masowej turystyki. I niech tak już zostanie…

Dzień finałowy

Naszych osiem namiotów na polanie wygląda jak budki dla psów, liczymy szybko ile namiotów zmieściłoby się na tym biwaku i wychodzi nam, że jakieś dwieście to na pewno. Ogromna przestrzeń kusi zieloną trawą i czystością, na skraju odnajdujemy pojemniki na odpady. Kajaki na brzeg, stawiamy namioty i szykujemy drewno na ognisko. Dziś wieczór bezalkoholowy, do sklepu przez las nikt nie będzie się przedzierał, zresztą nawet nie wiadomo gdzie jest ten sklep. Palimy bezwiednie ognisko i dyskutujemy o polityce. Było gorąco!

Rano na polanie pojawiają się wędkarze i już wiemy gdzie jesteśmy i jak daleko mamy do końca naszego spływu. A skoro do ujścia Sapiny jest około 6 kilometrów to pospiech wskazany nie jest. -Spieszą się tylko ludzie nisko urodzeni, jak mawiają w jednym z ośrodków na Mazurach, skutecznie spowalnia nasze wysiłki. Leniwa kawa na moście i cisza wokoło nie zachęcają do wysiłku. No, ale płynąć jednak trzeba i powoli pakujemy się do kajaków. Płyniemy niespiesznie w tunelu z drzew, czasem robi się wręcz ciemno. Rzeka meandruje ale nurt jest chyba wolniejszy niż wczoraj. Mijamy kolejne stanowiska dla wędkarzy, ale dziś jest na nich pusto. Wypływamy na jezioro Stręgielek i od razu kierujemy się w lewo, do ujścia Sapiny przy moście drogowym. Ostatnie metry to podróż rzeką wśród trzcin. Dopływamy do linii energetycznej, to tutaj kilkanaście już lat temu zginęło kilka osób po uderzeniu masztem w druty pod napięciem. Teraz byłoby to już niemożliwe, zabezpieczenia są dobrze widoczne i solidne. Wpływamy pod most i po lewej stronie mamy gospodarstwo rybackie a po prawej las olchowy i płycizny. To jedno z dobrych miejsc do kupienia ryb mazurskich, surowych i wędzonych, sklep jest otwarty, wybór kusi.

Przed nami tylko kilkaset metrów do Ognistego Ptaka. Dobijamy szybko w porcie i wyciągamy kajaki. Pakujemy dobytek do czekającego już na nas samochodu i idziemy na obiad. Restauracja z ogromnym tarasem jest bardzo luksusowa, ale szybki rzut oka na ceny w karcie eliminuje nas z posiłku. Nie jesteśmy w grupie docelowej, idziemy pieszo do Ogonek i tam w barze oficjalnie kończymy naszą wyprawę.

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.