Prezentujemy laudację wygłoszoną na cześć Ryszarda Konkolskiego podczas ceremoni wręczania nagrody Super Kolosa w Gdyni 10 marca. Laudację wygłosił red. Marek Słodownik, członek Rady Kolosów.

Szanowny Panie Prezydencie, Szanowni członkowie Kapituły i Rady, Szanowni Goście, Szanowna Gdyńska Publiczności,

W 20-letniej historii Konkursu Kolosy zaledwie szóstka żeglarzy otrzymała Super Kolosa. Dziś ta nagroda trafia w ręce kolejnego wielkiego żeglarza, a zaszczyt i przyjemność to dla mnie tym większa, że jest to obywatel Czech, pan Ryszard Konkolski. Właściwie należy powiedzieć, że jest to norwidowski Świata Obywatel, bo urodził się w Czechosłowacji, przez lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych, a kilka lat temu osiadł w Czechach. A Polska? Związki z naszym krajem miał zawsze bardzo silne, tutaj uczył się żeglarstwa, zdobywał stopnie żeglarskie, stąd wypływał w wiele ze swych rejsów. Z Polski także wypłynął z rodziną wybierając wolność. Języka polskiego uczył się z seriali emitowanych w naszej telewizji, był chyba najwierniejszym zagranicznym widzem „Stawki większej niż życie” i „Czterech pancernych i psa”, a wczoraj dopowiedział jeszcze, że był wiernym widzem serialu „Znak Zorro”. Do dzisiaj chętnie wspomina pierwszą książkę żeglarską, jaką przeczytał nie znając jeszcze polskiego. Była to miniatura morska „Żagle znikają z oceanów”. Nie znał wprawdzie wówczas znaczenia słowa „znikać”, ale wcale nie przeszkodziło mu to w lekturze. Książkę tę trzyma do dzisiaj na półce swojej domowej biblioteki i darzy ją szczególnym sentymentem. Pamięta doskonale swój pierwszy rejs morski, na który zamiast sztormiaka zabrał przeciwchemiczny strój P1 z obciętym kapturem. Ciężki kombinezon wyglądał na pokładzie jachtu wprawdzie niezwykle egzotycznie, ale nie przeciekał, a jak już wodę złapał, to było jej w integralnych kaloszach powyżej kolan.

Zbudował z pomocą przyjaciół niewielki jacht, polskiej konstrukcji, i wystartował na nim w regatach przez Atlantyk. W Newport postanowił płynąć dalej, dookoła świata. Jego jacht to 7-metrowa łódka, jaką wówczas żeglowano na Mazurach, ale przebudowana, nadawała się, zdaniem pana kapitana, do długiego rejsu. Przeszkodą nie był także brak pieniędzy, mówił, że na oceanie i tak nie ma gdzie tych pieniędzy wydać. Po wywrotce jachtu pod Durbanem remont jachtu pochłonął wszystkie zarobione na lądzie fundusze. Na ostatni etap, do Polski, zabrał do jedzenia tylko podarowany ze statku worek ryżu, olej, i groszek w puszce stanowiący urozmaicenie posiłków co drugi dzień. Na nic innego nie starczyło pieniędzy. Rejs skończył w 1975 roku po przepłynięciu ponad 33 tysięcy mil, a w Polsce i w rodzinnym kraju Ryszard był witany niczym prawdziwy bohater.

Takie to były jednak czasy, że niezależnych bohaterów nie bardzo lubiła ówczesna władza. Kapitanowi Konkolskiemu po kilkuletnich przygotowaniach do wokółziemskich regat odmówiono zgody na start, zabrał więc na pokład rodzinę, wiernego przyjaciela pomagającego w wykończeniu jachtu i ze Szczecina, na kolejnym polskim jachcie, uciekł do Ameryki, aby spełnić swoje regatowe marzenie.

Cztery lata  później po raz kolejny startuje w regatach dookoła świata, jest jednym z najlepszych oceanicznych żeglarzy lat 80., bije kilka światowych rekordów, został jednym z pierwszych w historii żeglarzy, którzy trzykrotnie opłynęli świat samotnie. W kraju był w tym czasie pomawiany i opluwany, został nawet zaocznie osądzony na wieloletnie więzienie za ucieczkę z kraju. Taką cenę musiał zapłacić za dążenie do wolności i wierność swoim ideałom.

Osiadł w amerykańskim Newport i tam rozwinął własny biznes, Był producentem telewizyjnym i fimowcem, pisał książki, ale w środowisku polskich żeglarzy znany był przede wszystkim z chęci pomocy każdemu, kto się do niego zwrócił.

Szanowni Państwo, pozwolę sobie na osobistą dygresję. Kiedy pod koniec lat 90. pisałem książkę o regatach oceanicznych, zwróciłem się do Ryszarda z prośbą o weryfikację informacji. Faksowy kontakt trwał kilka tygodni, ale w końcu Ryszard zatelefonował do mnie i stwierdził, że ta praca nie ma sensu. Zamarłem, bo  jego informacje jako uczestnika regat, o których pisałem, były dla mnie bezcenne. A Ryszard zatelefonował tylko po to, aby zaprosić mnie do siebie do Newport, abym mógł szybciej skończyć książkę. Spędziłem u niego w domu kilka dni i do dziś wspominam inspirujące spotkania, wielogodzinne rozmowy i dyskusje przeplatane morskimi opowieściami. Przez Ryszarda i jego żonę Mirosławę traktowany byłem jak domownik. Wiem, że działał tak zawsze, skory do bezinteresownej pomocy, chętnie dzielący się ogromną wiedzą, zawsze życzliwy i uśmiechnięty, wiem także, że nie byłem jedynym gościem z Polski, który bywał  w Newport, bywało tam bowiem wielu znanych żeglarzy i wszyscy z pewną nostalgią wspominali te wizyty.

Od kilku lat Ryszard mieszka znowu na ukochanych Morawach, nieopodal polskiej granicy. Wciąż pozostaje bardzo aktywny, pisze książki, tworzy, pozostał mu młodzieńczy zapał i entuzjazm, wciąż jest także niezwykle bezpośrednim człowiekiem, choć jego dokonaniami można pewnie obdzielić członków niemałego klubu żeglarskiego.

Ryszard, cieszę się, że dziś Super Kolos trafia w Twoje ręce, wierzę, że choć jest to nagroda w pewien sposób sumująca dokonania laureata, to nie oznacza ona kresu Twojej aktywności. Dla starszych żeglarzy pozostaniesz dobrym druhem, z którym łączyć Cię będą wspomnienia dawnych rejsów, dla mojego pokolenia pozostaniesz zawsze legendą bezkompromisowo walczącą o prawo do spełniania swych marzeń, dla młodych żeglarzy z pewnością jesteś inspiracją, nie tylko żeglarską. Kapituła nie miała wątpliwości, że ta nagroda powinna trafić w Twoje ręce, to wspaniale, że dziś możemy dzielić wraz z Tobą radość z Super Kolosa.

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.