Na ekrany polskich kin 9 sierpnia wchodzi dokumentalny film Alexa Holmesa „Maiden”. To niezwykła opowieść o Tracy Edwards i jej drodze na regaty Whitbread Race w roku 1989.

Wydawać mogłoby się, że taka historia sprzed lat to odgrzewane kotlety i nie ma szans zaciekawić współczesnego odbiorcy, a tymczasem Holmes, który jest nie tylko reżyserem, ale również autorem scenariusza i producentem, zaserwował nam znakomite danie. Pomysł na film był stosunkowo prosty; oto bowiem Tracy opowiada przed kamerą o kolejnych etapach jej życia, przygotowań do regat i przebiegu wyścigi dookoła świata, a jej opowieść przeplatana jest sekwencjami filmowymi i relacjami jej koleżanek z pokładu i dwóch wybitnych brytyjskich dziennikarzy żeglarskich; Boba Fishera i Barry’ego Pitctkhalla. Rzecz jednak w tym, jak to zostało zrobione i tutaj mamy do czynienia ze znakomitą robotą researcherów potrafiących dotrzeć do niepublikowanych wcześnie nagrań, reżysera, który potrafił nadać tym opowieścią dynamikę i dramaturgię, a także montażysty, który to wszystko poskładał w niezwykle udaną całość. Dodać należy także polskiego dystrybutora, Gutek Film, który nie bał się pokazać tego filmu w kraju, który z wielkich oceanicznych rejsów i wielkiego zainteresowania regatami raczej nie słynie.

10-lenia Tracy po śmierci ojca i ponownym małżeństwie matki wyjechała do Walii i tam przeżyła koszmar nastolatki ojczyma-alkoholika. Zbuntowana rzuca dom, ucieka przed światem i samą sobą, nie potrafi ułożyć sensownego planu na życie. W Grecji pracuje w barze żyjąc z dnia na dzień i nie stroniąc od alkoholu. Pewnego dnia przypadkiem trafia na pokład czarterowego jachtu jako hostessa i żeglarstwo wciąga ją całkowicie. Przypadkiem klientem na jachcie jest król Jordanii, który zwraca uwagę na młodą Brytyjkę, co było początkiem długoletniej przyjaźni. Wiedziona jakimś instynktem Tracy trafia na pokład jachtu startującego w Whitbread Race, ale dla niej pozostaje tylko praca kuka, której serdecznie nie znosi, ale jest to cena, którą musi zapłacić za udział w wymarzonych regatach. Jak mówi w filmie, w tym świecie mężczyzn nie ma miejsca dla kobiet, co pokazuje relacje  w jachtingu połowy lat 80., kiedy na 200 żeglarzy biorących udział w regatach były zaledwie cztery dziewczyny. Wówczas podejmuje decyzję, że w kolejnych regatach poprowadzi kobiecą załogę. Kiedy ogłasza projekt, poważnie nie traktuje jej nikt, nawet własna matka. W filmie towarzyszymy zmaganiom Tracy o doprowadzenie projektu do końca. Po kolei upadają kolejne pomysły na finansowanie przedsięwzięcia, upada pomysł na budowę nowego jachtu, widzowie towarzyszą dziewczynom w remoncie zakupionego używanego jachtu, nota bene pierwszej konstrukcji Bruce’a Farra w tych regatach.

Opowieść o przebiegu regat to chyba najmocniejsza strona filmu. Żeglarki nie koloryzują, mówią, że się bały, wspominają o konfliktach z panią kapitan, o nieustępliwej walce z belgijskim jachtem „Rucanor Sport”, z bólem wspominają akcję ratowniczą po wypadnięciu za burtę dwóch załogantów z innego brytyjskiego jachtu. Kiedy śmierć zajrzała dziewczynom w oczy, nie pękły, choć tamto wydarzenie nawet po latach odbija się silnym piętnem na ich psychice. Nagrane po latach wspomnienia członkiń załogi świetnie uzupełniają opowieść o jachcie, załodze i regatach. Dodają jej energii, pozwalają nieco inaczej spojrzeć na wydarzenia sprzed 30 lat. Dziewczyny są spontaniczne, żywiołowe, ale zarazem refleksyjne i zdystansowane do swej żeglarskiej przeszłości na jachcie. Dla każdej z nich było to niezwykle ważne życiowe doświadczenie, nie unikają opowiadania o swych błędach, nie stronią od wzruszeń, co dodaje tym relacjom wiarygodności czyniąc je ważnym świadectwem tamtych wydarzeń. Bardzo szczerze o swych rozterkach mówi Tracy, o tym, że jako 27-latka stanęła przed najtrudniejszym w życiu wyzwaniem, o wątpliwościach, czy poradzi sobie z materią żeglarską, ale także z 11 różnymi silnymi osobowościami. Wspomina zachwianie się projektu, kiedy na niespełna miesiąc przed startem wyrzuciła z załogi I oficera, dziewczynę z największym żeglarskim doświadczeniem stanowiącą dla niej konkurencję w przewodzeniu załodze. Mówi o depresji po nieudanym trzecim etapie, na którym załoga „Maiden” straciła szansę na zwycięstwo w klasie i powrocie problemów alkoholowych. Wspomina triumfalny wjazd załogi ubranej w skąpe kostiumy kąpielowe, czym skupiły uwagę nie tylko światowych mediów, ale także mieszkańców nieco sennego na co dzień Fort Lauderdale.

Oglądając film można odnieść wrażenie, że załoga „Maiden” walczyła o zwycięstwo w regatach, w ich klasyfikacji generalnej. W rzeczywistości, w tamtej edycji imprezy, kiedy po raz pierwszy dokonano podziału na klasy, kobieca załoga żeglowała w klasie „D”, w której klasyfikowano 5 jednostek. Ogółem płynęły wówczas 23 jachty, jednak w swojej klasie panie zajęły ostatecznie 2 miejsce tracąc do zwycięzcy niespełna 3 doby. Do pierwszego na mecie jachtu w „generalce”, „Steinlagera II” załoga Tracy Edwards straciła aż 39 dni i warto o tym pamiętać oglądając film.

Czego w filmie zabrakło? Przede wszystkim nie rozwinięto wątku przyjaźni Tracy z królem Jordanii. Ten temat został ledwo muśnięty przy okazji pozyskania głównego sponsora, jednak wiadomo, że Tracy przez lata utrzymywała kontakt z władcą innego państwa pozostając z nim w bliskiej przyjaźni. Zabrakło także dalszych losów dziewczyn. Wiadomo skądinąd, że Dawn Riley dowodziła amerykańską załogą w tych samych regatach 4 lata później, aby w kolejnej edycji regat o Puchar Ameryki stanąć na czele syndykatu z kobietami w roli głównej. Mikki von Koskull przez lata żeglowała na trimaranach, ale ona w filmie jest nieobecna, co zapewne pozostaje konsekwencją bardzo ostrego i trwającego całe lata konfliktu z Tracy.

„Maiden” to film niezwykle prawdziwy, pokazujący kulisy wielkich regat, wielkie emocje, jakie towarzyszą uczestniczkom tych zmagań, ich rozterki, wątpliwości, ale także chwile tryumfu. To dużo prawy o świecie, który dla wielu widzów wciąż pozostaje nieznany, a dzięki filmowi dowiedzieć można się wiele więcej.

MAS

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.