Zatonięcie Pamira to jedna z największych katastrof morskich związanych z żaglowcami. Ogromny statek, ponad stumetrowy, z wykwalifikowaną załogą, dowodzony przez bardzo doświadczonego kapitana, został pokonany przez huragan na Atlantyku.

Dla jego załogi był to ostatni rejs, dla armatora straszny cios, bo chluba jego flotylli zatonęła 21 września 1957 roku o godzinie 1115. Długo poszukiwano przyczyn katastrofy, przez kolejne lata podważano nawet sens szkolenia ludzi na żaglowcach.

Ostatni rejs

Kiedy Pamir wypływał z Buenos Aires, zapewne nikt z załogi nie przeczuwał, że dla większości z nich będzie to ostatni rejs. Statek -jak zawsze- został załadowany ładunkiem, wszystkie formalności celne zostały zakończone, a cała, 86-osobowa załoga kierowana przez kapitana Johannesa Debitscha była zdrowa i w dobrej kondycji. Spośród wszystkich marynarzy pięćdziesięciu jeden ludzi to byli kadeci, dla których był to ostatni etap szkolenia. Podnoszone powoli kotwice dawały znak do rozpoczęcia kolejnego rejsu, którego celem był Hamburg. To miał być kolejny rutynowy rejs, jakich wówczas odbywało wiele statków żaglowych. Jego zakończenie do dzisiaj budzi kontrowersje i domysły jak mogło dojść do zagłady tak wielkiego statku, z całą niemalże załogą.

Po wyjściu na Atlantyk początkowo wszystko szło dobrze, choć pewien niepokój budził wynik nasłuchu radiowego. Huragan Carrie szalał na oceanie, a jego siła była naprawdę duża skoro statcje meteo ostrzegały przed spotkaniem z nim. Mimo to na pokładzie nie wyczuwano niepokoju. Kiedy statek zbliżał się do Wysp Azorskich powiało silniej. Rankiem 21 września szkwał zaatakował takielunek, sądzono, że to nagły podmuch wiatru i zaraz przejdzie. Poprzednia noc była ciężka, ale czteromasztowy kolos poradził sobie ze sztormem i szedł wciąż niosąc sporo żagli. Teraz jednak warunki jeszcze się pogorszyły. Kapitan po wyjściu na pokład nakazał natychmiastowe zrzucenie żagli górnych, bo przez pokład przewalały się olbrzymie grzywacze.

Jedna z fal spowodowała rekordowy przechył, aż 40 stopni. Tak przechylony Pamir jeszcze nie żeglował, sytuacja stawała się niebezpieczna. Wiatr stale się wzmagał. Mimo wysiłków załogi, na masztach większość żagli poszła w strzępy, a dumny żaglowiec przegrywał walkę z oceanem. Przechylał się powoli na burtę, a ciężki takielunek ginął w szarej kipieli oceanu. Wkrótce ogromny żaglowiec zatonął. Do najbliższego lądu, Wysp Azorskich, było 600 mil…

Trasa ostatniego rejsu żaglowca.

Kilku załogantów, którzy wcześniej znaleźli się na łodzi ratowniczej, po zatonięciu statku rozpoczęło przeczesywanie miejsca katastrofy w poszukiwaniu kolegów. Niestety, zła pogoda uniemożliwiła akcję. Nadzieją dla nich było szybkie odnalezienie przez statki poruszające się w tym rejonie, nie wiedzieli, że przed zatonięciem Pamira radiooficer nadał sygnał SOS.

Kiedy warunki meteo pozwoliły na wszczęcie regularnych poszukiwań, do akcji włączyły się amerykańskie jednostki ratownicze stacjonujące w Nigerii. Z samolotów prowadzono obserwację i w rejon katastrofy skierowano statki handlowe znajdujące się w pobliżu. Wkrótce znaleziono szalupę z pięcioma osobami, wycieńczonymi, ale żywymi. Kilka godzin później amerykański statek dotarł do innej łodzi, w której znajdował się tylko jeden człowiek, ledwo żywy z powodu wychłodzenia. Poszukiwania kontynuowano, ale nie odnaleziono ani szalup, ani tratw ani nawet ciał ofiar zagłady statku.

Bilans tragedii był przerażający. Zginęło osiemdziesięciu ludzi, przeważnie młodych, którzy swoje życie chcieli związać z morzem, a za marzenia zapłacili najwyższą cenę.

MAS

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.