Dwa lata temu, 17 kwietnia 2020 roku odszedł Zbyszek Stosio, przez kilkadziesiąt lat związany  z Polskim Związkiem Żeglarskim, człowiek instytucja w polskim żeglarstwie.

O Zbyszku Stosio, sekretarzu Generalnym PZŻ słyszał chyba każdy polski żeglarz. To człowiek-instytucja, postać w naszym środowisku wyjątkowa. Poznałem Go w 1983 roku, kiedy w Klubie Żeglarskim Pałacu Młodzieży kończyliśmy pospiesznie w wakacje budowę Maka 444 z myślą o rejsie po Bugu. Zabrakło nam żywicy do wykończenia kadłuba, a w tamtych czasach oznaczało to przeszkodę nie do pokonania. Ktoś podpowiedział, nam, że w HOW-ie na Cyplu Czerniakowskim harcerze ostatnio dostali przydział i żywicę mają, ale czy dadzą, nie wiadomo. Z baniakiem pojechałem na przystań, a tam w ciemnym hangarze wielką chochlą dozował żywicę młody, uśmiechnięty człowiek. Nie pytając o nic powiedział, „wiem, po co przyszedłeś, dawaj baniak, naleję.” Zanim otworzyłem usta, miałem pełny baniak żywicy i jeszcze paski maty. Z rozmowy wynikło, że Zbyszek opiekuje się jedną z drużyn, ale właściwie w HOW-ie jest osobą do wszystkiego.

Później spotykaliśmy się na Mazurach, ale nie mieliśmy systematycznego kontaktu. Kiedy po kilku latach spędzonych w Anglii na początku lat 90. wróciłem do Polski, spotkałem Zbyszka na targach Wiatr i Woda na Warszawiance. Wypytywał mnie o kulisy pracy dziennikarskiej na rzecz „Żagli”, których byłem wówczas korespondentem, przedstawiał mnie ludziom, których nazwiska kojarzyłem, ale dopiero teraz miałem okazję ich poznać.

Zbyszek pracował już w PZŻ-cie, zapraszał do siebie, zawsze znalazł czas na chwilę rozmowy. Bliżej poznałem Go dopiero w 1999 roku, kiedy powstał  magazyn „Rejs” i jednocześnie pracowałem na rzecz projektu Romka Paszke i udziału katamarana „Warta-Polpharma” w regatach The Race. Często się wówczas widywaliśmy, bo Zbyszek był dobrym duchem tego projektu. Był takim człowiekiem, że interesowało Go wszystko, angażował się emocjonalnie w każdy projekt, pomagał, kontaktował ze sobą ludzi, ułatwiał kontakty z ważnymi postaciami świata żeglarskiego. A przy tym był szalenie bezpośredni, życzliwy, zawsze uśmiechnięty. Jego telefon zaś to była skarbnica kontaktów wszelakich. Ile miał tych nazwisk wpisanych w pamięć – chyba sam nie wiedział, ale przez lata nie zdarzyło się nigdy, żeby nie miał kontaktu do postaci nawet od lat nieobecnych w życiu żeglarskim.

Bywał często na Mazurach, Otwierał regaty, bywał na koncertach szantowych, spotykał się, wręczał, uświetniał, a przede wszystkim gawędził na temat nowinek żeglarskich. Miał zawsze aktualne informacje, o wielu rzeczach szerzej nieznanych wiedział wszystko, uczestniczył w wielu spotkaniach i chętnie opowiadał o nich nigdy nie przekraczając cienkiej granicy pomiędzy informacją a plotką. Wiedział, czyje dęby sztynorckie zostały zamienione na schody w prywatnym domu, gdzie podziały się brakujące łodzie i sprzęt, co wydarzyło się podczas regat czy rejsów, które to sprawy dla większości z nas były tajemnicą. Przez lata zawodowej aktywności uczestniczył chyba we wszystkich najważniejszych żeglarskich projektach, wiele z nich inspirował, miał doskonałe rozeznanie  w środowisku żeglarzy polskich, ale także polonijnych, z którymi przez lata utrzymywał serdeczny kontakt. Zawsze można było wpaść do Niego do biura i pogadać, skonsultować, Zbyszek często pomagał w różnych sprawach, także rodzinnych. Pamiętał imiona moich dzieci i doskonale wiedział, co się u nich dzieje, wielokrotnie użyczał numery telefonów do znajomych lekarzy, co pozwalało omijać wielomiesięczne kolejki.

Wiedzieliśmy, że prócz pracy w PZŻ działał także w PKOl, był aktywny w różnych stowarzyszeniach i fundacjach, nie było chyba żeglarskiej ważnej imprezy bez Jego udziału. Niewiele o tym mówił, wspominał tylko mimochodem, że coś załatwiał w imieniu Związku w ministerstwach, przez lata wiele spraw udało się przepchnąć dzięki jego aktywności, umiejętnościom negocjacyjnym i  osobistym kontaktom. Zaciekle atakowany przez oponentów spod znaku swobody żeglowania, robił swoje pokazując skuteczność w działaniu i odporność na ciosy zadawane także poniżej pasa. Przez wiele lat obserwowałem jego współpracę ze Stefanem Heinrichem. Obaj panowie tworzyli świetnie uzupełniający się zespół, choć na co dzień bardzo często się różnili w opiniach, a nawet kłócili. Ale jakież to były kłótnie… Kulturalnie, ironicznie, zawsze z klasą, choć pomiędzy nimi bywały także i ciche dni.

Wiele czasu spędziliśmy na omawianiu działań związanych z Rokiem Zaruskiego, którego był wielkim entuzjastą. Doradzał, poprawiał, przypominał, był wciągnięty we wszystkie działania chociaż sam nie eksponował przy tym swojej osoby. Zawsze tak działał; nie pchał się na afisz choć wiadomo było, że wiele akcji, przedsięwzięć czy działań nie byłaby w ogóle możliwa gdyby wcześniej nie pochylił się nad nimi Zbyszek. Ostatnie lata to zmaganie z postępującą chorobą. Wiedział, że jest chory, znał prawdę, spokojnie walczył o zdrowie i dobre imię, wszak znowu był atakowany przez działaczy nowego rozdania.

Telefonowaliśmy do siebie nieregularnie, ale jak była jakaś potrzeba, to Zbyszek był niezawodny. Toteż gdy On dzwonił do mnie w początku każdego grudnia z prośbą o ustystematyzowanie ważnych rejsów morskich w kontekście zgłoszenia do „Rejsu Roku”, nie było ważniejszej sprawy do załatwienia. Później już przez cały rok gromadziłem notatki na temat wypraw i czasem nawet  zdarzało się, że udawało mi się Go jakąś propozycją zaskoczyć. Kiedyś na jedno z naszych spotkań przyniosłem kandyzowany imbir, który tak przypadł Zbyszkowi do gustu, że  od tamtej pory kiedy widywaliśmy się u niego w domu, zawsze przynosiłem paczuszkę smakołyku. Rozmawialiśmy o wszystkim, był świetnie zorientowany, miał swoje jasne poglądy, którym pozostał wierny do końca.

Zbyszek przez prawie 30 lat był Sekretarzem Generalnym PZŻ, swoją funkcję piastował z wyboru dokonywanego na Sejmiku i nie zdarzyło się przez te lata, aby nie zyskiwał mocnego mandatu środowiska. Był ponad podziałami, był wyżej od wielu z nas i widział dalej. Dla każdego z prezesów Związku był prawdziwą podporą w urzędniczych zmaganiach, choć nie zawsze z nimi się zgadzał i im przyklaskiwał. Wraz z Jego nagłą śmiercią odeszła w przeszłość pewna epoka polskiego żeglarstwa.

Marek Słodownik, foto autora

Autor

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.