1000 km wodami Niemiec, relacja z XLVII Rejsu Żeglarsko-Motorowodny PTTK

 

Zacznę od przykrej konstatacji – coraz trudniej pływać po śródlądowych wodach Europy. Powodem nie jest brak umiejętności, map – przewodników, oznakowania brzegowego czy przyjaznych przystani. Bardziej prozaicznie – brak WODY w rzekach i kanałach. Może to brzmi nieco katastroficznie, ale jeżeli jacht mieczowy o zanurzeniu 35-40 cm, z podniesionym mieczem, nie może bez ciągłego przycierania kadłubem o dno rzeki płynąć Odrą lub Elbą (Łabą), to jest już naprawdę źle. Dodatkowo oglądając w telewizji tegoroczne relacje o poziomie wody na Renie czy Dunaju i porównując pokazywane obrazki z trasą zeszłorocznego, własnego rejsu po Dunaju nasuwa się mało optymistyczny obraz wodnej żeglugi turystycznej. Po pierwsze mieliśmy w zeszłym roku bardzo dużo szczęścia, które pozwoliło nam bez problemu przepłynąć po trzeciej co do wielkości rzece Europy prawie 2000 km. Od austriackiego Linzu do rumuńskiej Tulczy (dalej do Suliny szlak był niedostępny), po drugie będziemy musieli chyba ograniczać swoje wodniackie aspiracje, pomimo pełnej swobody w pływaniu w strefie Schengen, do nielicznych, dużych pojezierzy, z których odpływ wody ogranicza system śluz lub zbiorników retencyjnych.

  Wracając do naszego rejsu, wyruszyliśmy w dniu 29 czerwca z Kostrzyna nad Odrą, ze znanego nam już wcześniej nadwarciańskiego nabrzeża Nadzoru Wodnego, gdzie łatwo podjechać dźwigiem i zwodować łodzie do wody. Niestety dalej, do pobliskiego Klubu Żeglarskiego Delfin dostęp ze względu na skrajni niski poziom wody w Warcie jest mocno ograniczony. Choć od wielu lat planowana jest rozbudowa i modernizacja istniejącej infrastruktury brzegowej, przede wszystkim pogłębienie basenu przystani. I choć już w 2010 Komandor Klubu śp. Bolesław Cieślik przedstawiał gotowy projekt rozbudowy przystani, nadal pozostaje on w sferze warciańskich i odrzańskich wodniaków. Póki co jest to to jedyne miejsce, gdzie można uzupełnić wodę czy zrobić ostatnie zakupu w nieodległy centrum handlowym, czy skorzystać z prysznica.

  60 kilometrowa podróż, teoretycznie już głęboką Odrą przynosi pierwsze oznaki czekających nas atrakcji. Liczne przemiały, mało aktualne oznakowanie brzegowe podnosi nam stale ciśnienie. Na szczęscie śluza Hohensaaten, już na Haweli wybawia nas z kłopotu niskiej wody, a widok i pokonanie „starej” podnośni Niederfinow wyraźnie poprawia humory. Płyniemy rzeka poprzecinaną kilkoma śluzami, wystarczająco trzymający poziom wody. Przed nami Spandau, a dalej postój i zwiedzanie Królewskiego Pałacu w Cecillienhof, miejsca, w którym podpisano akt bezwarunkowej kapitulacji Niemiec, który zakończył II wojnę światowa w Europie. Pałać i otaczający go park robią jak zawsze ogromne wrażenie, mnóstwo zieleni, różnorakich drzew i krzewów przyciętych w finezyjny sposób oraz kwiatów, zachęcają do długich, niespiesznych spacerów.

  Dalej płyniemy na zachód, powoli zbliżając się do Mittellandkanal przed którym wpływamy na Elbę (Łabę) i kontynuujemy swoją podróż, tym razem już na północ.

  Pogoda się zmienia, o ile spacery po mijanych miejscowościach obywają się w ciepłych, nieznacznych powiewach wiaterku i są przyjemne, o tyle już samo płyniecie po Elbie odbywa się w prawie późno jesiennych warunkach. Choć płyniemy z prądem rzeki, jak prawie zawsze na rzekach, mamy przeciwny, bardzo zimny wiatr „mordewind”. Nie przypominam sobie, abym gdziekolwiek indziej, płynąc na początku lipca po śródlądowych szlakach wodnych, musiał się tak ciepło ubierać na „cebulkę”,

i zakładać na głowę kaptur od kurtki przeciwdeszczowej. Dodatkowo nawet nie można było podczas sterowania osłonić się za szprycbudą, bo liczne przemiały i rozległe płycizny skutecznie wymuszały wzmożoną uwagę. Wcześniej myślałem, że tylko Wisła, ze swymi mieliznami i przechodzącym od brzegu do brzegu, kilka razy na każdym kilometrze rzeki oznakowaniem nawigacyjnym jest tak „pofastrygowana” nurtem, ale okazuje się, że Elba niemal jej dorównuje. Są to niestety uroki rzek nie uregulowanych śluzami.

  W miejscowości Dömitz skręcamy w prawo opuszczając Łabę i płyniemy kanałami licznie poprzecinanymi śluzami i jeziorami w kierunku jez. Müritz i miejscowości Waren. To takie niemiecki Mazury, a samo jez. Müritz jest niewiele większe niż polskie Śniardwy. Byliśmy tutaj podczas rejsu PTTK już w 2012 r, ale urokliwość tego uzdrowiskowego, wiekowego miasta zachęca do jego ponownego odwiedzenia. Dodatkowym plusem miejscowego portu jachtowego jest jego wielkość i wyposażenie techniczne, jest to zresztą jedyny port w Niemczech jaki widziałem, w którym przypływający jacht, w awanporcie wita pływający na ribie hafenmeister wskazując odpowiednie miejsce do cumowania. Miłe i pozwalające bezstresowo zacumować w y-bomach, zwłaszcza przy niesprzyjającym wietrze. Jeżeli chodzi o opłaty za cumowanie łodzi do 8m, to podczas całego rejsu kształtowały się w przedziale 16-23 €, niekiedy opłaty, zwłaszcza w tych tańszych opcjach powiększone były o opłaty w automacie: za prysznic -1 € za 5 minut (z możliwością chwilowego wyłączenia wody – wystarczające), też 1 € za 1KW energii.

Waren było najdalszym miejscem w tegorocznym rejsie, powoli udajemy się w drogę powrotną, wracamy kanałami z licznymi śluzami, by najpierw Havelą a potem Szprewą popłynąć przez Centrum Berlina. Samo przepłyniecie przez Centrum Berlina wymaga kilku słów wyjaśnienia. Jest to około 10 km odcinek Szprewy, obwarowany dodatkowymi przepisami żeglugowymi.

Możemy to zrobić dwa razy dziennie: rano w godzinach – 7.00-9.30 lub po południu  w godzinach 19.00 – 21.30. Pomiędzy tymi godzinami pierwszeństwo w pływaniu mają jednostki profesjonalnej żeglugi pasażerskiej, wożące tłumy turystów.

  Trasę tę rozpoczynamy w mocno ograniczonym czasie, od przepłynięcia śluzy Charlottenbur, by potem niespiesznie płynąc, częściowo przez rządową dzielnicę Mitte, podziwiać na trasie budynki Reichstagu, Bramy Brandenburskiej czy zabudowę Wyspy Muzeów. Jest to jednak wystarczający czas, aby móc podziwiać ciekawy architektonicznie i historycznie odcinek berlińskiej Szprewy. Odcinek ten zamyka śluza Mühlendamm, przy której występuje dość mocny uciąg wody (zalecany jest silnik w łodzi o mocy powyżej 5 KM), by potem przez ostatnią niemiecką śluzę w Eisenhttestand wypłynąć ponownie na Odrę.

  Odra po czterech tygodniach naszej na niej nieobecności jest już inną rzeką, dużo płytszą, z większą ilością mielizn i różnorakich przeszkód. Prawie cały czas podczas żeglugi trzemy dnem łodzi o piasek. Niby mamy do pokonania przez Słubice do Kostrzyna nad Odrą trochę ponad 60 km, to ostanie 25 km płyniemy dwa dni. Awaria silnika w jednej z łodzi, jej holowanie, ciągłe lądowanie na przemiałach, bardzo utrudnione manewry przez podniesiony prawie w całości miecz i ustawiono prawie poziomo płetwa sterowa dostarczały nam ekstra przygód i przeżyć, ale też pozwalała zdobyć dodatkowe doświadczenia podczas ekstremalnego pływania po płyciznach.

  W ciągu 31 dni niespiesznej żeglugi pokonaliśmy prawie 1000 km rzek, kanałów jezior, przepłynęliśmy przez 46 śluz (4 śluzy dwukrotnie), pozostały w nas niezapomniane wspomnienia, dodatkowa radość ze wspólnie spędzonych chwil i niezachwiana wiara, że wodniak wodniakowi zawsze pomoże.

  Czy było wart – na pewno tak. Nawet ponowny pobyt lub przepłyniecie tego samego szlaku wodnego jest zawsze inne. Przez stan wody, rozbudowaną infrastrukturę brzegową lub jej likwidację, stan pogody, mijane lokalne atrakcje i imprezy, spotkanych ludzi, długość spędzonego czasu na wodzie.

  Gorąco polecam i zachęcam do popłynięcia Europejskimi Szlakami Wodnymi, póki jeszcze możemy zrobić to na pokładach jachtów czy łodzi motorowodnych, bo cały czas wisi nad nami widmo braku wody w rzekach i kanałach. Potem to już tylko kajak.

                                                               Tak ten rejs widział i zapamiętał

                                                                              Wojtek Skóra

Czerwiec-lipiec 2026 r.